Here where the stars reside...

Calypso's wonder-head full of ordinariness

Rozmowa - Szkoła Pianistów 2013-02-01

No to część dalsza. I nadal pozostanę w szkole - przez jakiś czas. Jest oczywiście stereotypowo, ale co mam wymyślić. Jestem taką samą nudną śmiertelniczką, a nie Szekspirem i chyba nie powinnam nawet próbować nim być. Później ma być pięknie, ale nie wiem czy wytrzymacie do tego czasu...
_______________________________________________________________________________________________________
Pseudo-filozof miażdży wzrokiem swojego ucznia i ciągle się mu przyglądając, oznajmia zadziwiająco złośliwym tonem:
- Do rektora.
Po czym wraca do wykładu, jakby nigdy nic nie powiedział. Jego głos, jak i wzrok, jest spokojny, więc nie uraził go osobiście. Dlaczego nagle wysyła go prosto do rektora? Nestor podniósł się i wymaszerował z sali, nie patrząc ani razu za siebie. Odpłynął jak zwykle... cholera! Był na siebie wściekły, ale czy Meldingen naprawdę musiał sprawiać mu tyle kłopotów? Zdenerwowany pchnął masywne drzwi, które chyba po raz pierwszy otworzyły się z takim impetem pod wpływem jego ciała. Nie zważając na głośny trzask za sobą stanął przed kolejnymi, tym razem misternie zdobionymi, o ciemnej barwie i złoconych, niezrozumiałych nikomu symbolach – rektor lubował się w tajemniczości. Tym razem chłopak pchnął je ostrożniej, wchodząc wyprostowany i dumny, jednak ze zdradziecko zaniepokojonym wzrokiem. Cała jego maska ochronna, misternie podszywana sztucznymi emocjami traciła na wartości, jedynie poprzez strapione spojrzenie.
- Rektorze. - wita się z chłodną uprzejmością, która leżała w jego zwyczaju.
Zamykając drzwi, jego uwagę przykuwają nieuporządkowane liczby wygrawerowane w klamce. Siada w fotelu, nie dając po sobie poznać, że jest jednocześnie zaintrygowany swoim odkryciem, jak i zdegustowanym, co do sposobu w jaki się je traktuje. Ciekawi go czy to sam rektor kazał ów grawerunek wykonać, czy nie ma on najmniejszego pojęcia co on oznacza.
- Panie Forks – odzywa się strapiony, niski mężczyzna o nieproporcjonalnie dużym, względem reszty ciała, kapeluszu. Słynął z tego, że nigdzie się bez niego nie ruszał – podobno kładł się w nim nawet do łóżka - Czy zechciałby mi pan wyjaśnić, co takiego zaszło w klasie profesora Mendelinga, że kazał pana tu przysłać?
Był niezadowolony, jednak nie zły. Co prawda spoglądał na młodszego mężczyznę swym groźnym spojrzeniem, jednak wszyscy byli zgodni co do tego, że rektor nie potrafił ingerować w życie szkoły – dużo bardziej odpowiadało mu skrywanie się za swymi dziwacznymi drzwiami i picia zbyt czarnej, gorzkiej herbaty w poplamionych, od ciągłego zaparzania listków darjeelinga, filiżankach. Jego pokoik idealnie nadawał się na tego typu kryjówkę. Podwójne drzwi tłumiły hałas. Zresztą... Nestor miał wrażenie, że kiedy przechodzi się przez pierwsze, a staje przed drugimi, opuszcza się jeden świat pełen hałasu i intensywności, a przechodzi do drugiego – spokojnego, aczkolwiek nie nudnego. Rozejrzał się dokładniej po pomieszczeniu. Początkowo zdawało się być surowe – popękane ściany i złuszczonej farbie, naga żarówka zwisająca na plątaninie kabli z sufitu, żelazne kraty w oknach – takie jak u uczniów. Te ostatnie zresztą były chyba naprawdę brane jako poważne przeciwdziałania samobójczym próbom zrzucania się z okna. Co z tego, że szkoła miała tylko dwa piętra? Nestor stłumił śmiech. Zajął się teraz oglądaniem półek, na których leżały sterty książek. Niektóre z nich były całkiem nowe i w dobrym stanie, jednak większość z nich miała pożółkłe strony i pofałdowane z wilgoci okładki, co nadawało im wyglądu zwiędłych róż herbacianych. Pośród plecionych koszy, kartonów pełnych dziwnych pamiątek z różnych zakątków świata, które w większości były w opłakanym stanie i niespotykanych roślin, zdobione drzwi prawie nie rzucały się w oczy. Nestor przypomniał sobie pytanie rektora.
- Zasnąłem – przyznaje oschłym tonem. Chłopak naprawdę nie rozumiał dlaczego musiał od razu zawracać głowę samej Jego Magnificencji.
- Jesteś zły – zauważył zupełnie zaskoczony rektor, a zrobił to tak cicho, że Nestor nie był pewien czy powinien wiedzieć o odkryciu przełożonego. - Wybacz, jeszcze nigdy nie widziałem cię, żebyś się złościł. Tak naprawdę w ogóle nie widziałem u ciebie nic poza obojętnością. - machnął niedbale ręką, jakby odganiając kłęby niewidzialnego dymu - To ten Mendelingen, prawda?
Wpatrywał się przez chwilę badawczo w twarz ucznia, ale ta znowu staje się nieprzenikniona.
- Oczywiście, że tak – obraca się do niego tyłem i nagle zwraca mu uwagę: - Dlaczego wszystko w sobie dusisz? Nie powinieneś tak robić.
W pokoju zalega przez chwilę cisza, a Forks jej nie przerywa.
- Ale musisz się trzymać chłopcze. - dodaje surowo – Jeżeli po raz kolejny zdarzy się to, co wydarzyło się podczas trymestru, to ci tego nie daruję.
Wyleci. Poleci. I to na skrzydle fortepianu.
- Nie jestem pewien, czy dam radę – odpowiada zgodnie z przekonaniami, ale to tylko burzy spokój rektora.
- Cholera jasna, Forks! Weź się w garść! - warknął i dziwne było obserwowanie, jak na jego drobnej twarz pojawia się stanowczość. Nagle nie wydawał się być już spokojnym, nieporadnym staruszkiem zaszywającym się wskutek porażki. Porażka stanowiło w tej zagadce słowo kluczowe. Nie miał iść w jego ślady – jeżeli rektor miał tylko taką możliwość naprowadzał swoich studentów na właściwą ścieżkę kariery, to właśnie to robił, jednak były to grupki nielicznych szczęśliwców, których widywał i którzy w cudowny sposób zaskarbili sobie jego życzliwość. W oczach staruszka odbijała się groźba. Weź się garść, bo cię nie obronię. Bo nie będę w stanie tego zrobić.
- Znowu odlatujesz! – Trzasnął dłonią w biurko, przywołując zmieszanego studenta do porządku. Nestor Forks nie powinien popełniać tego błędu. Nie powinien myśleć, że może być ważniejszy od zasad, od ogólnego spokoju szkoły i porządku. Jednak przede wszystkim nie mógł sądzić, że mógłby konkurować z jego pięknym, spokojnym gabinetem i równowagą psychiczną rektora, co zapewne by stracił, gdyby pofolgował uczniom.
- Musisz być lepszym. Nie masz wyboru – dodaje z goryczą. - Jeżeli wyrzucę cię z akademii, wylądujesz na ulicy.


Meldingen - Szkoła Pianistów 2013-01-18

Historia po wersji teraźniejszej na kolana nie powala, ale dalej się rozkręci - obiecuję. Chodzi o coś więcej niż zwykłe opowiastki szkolne ;] Za dużo piszę ostatnio badziewia o śmierci :P
_________________________________________________________________________________________________
Część I - Meldingen

Być muzykiem. Co to oznacza? Czy jest to... zwykła funkcja, zawód? A może nie ma to znaczenia?
Może to wasz gwóźdź do trumny... Jesteście tacy młodzi. Czy na pewno wiecie czego chcecie? - tubalny głos ponurego, wychudzonego mężczyzny ubranego w surdut i wyblakłą koszulę, odbijał się o monstrualne, zimne ściany sali lekcyjnej. Było w niej mroczno, a przez duże okna wlewały się do środka tylko cienkie, wątłe promienie światła. Mężczyzna, niejaki profesor Meldingen, był właśnie w trakcie swojego wykładu, próbując jak zazwyczaj zniechęcić tak wiele osób, ile tylko był w stanie, winszując sobie w duchu dzisiejszego żniwa. Konsternacje wymalowane na twarzach Warkadego i Remanda, zniecierpliwienie Mitawela lecz przede wszystkim strach... Tak, strach przed porażką. Niech go poczują – tak jak szczury, raz zasmakowawszy krwi, więcej z niej nie zrezygnują. Głupcy będą myśleli, że bez niej nie przeżyją – Tak więc, wasz sukces nie zależy od talentu, o nie, dużo bardziej od bystrego umysłu, sprawnych nadgarstków, samodyscypliny, podporządkowania się pod klawisze - recytował z pamięci tym samym stanowczym, aczkolwiek suchym i wypranym z emocji głosem. - To nie talent jest kluczem do sukcesu, lecz praca – praca ciężka i uczciwa, rzetelna i żmudna...

Filozofia instrumentów była chyba najmniej sympatycznym, a zarazem pożądanym, przedmiotem w całej Szkole Pianistów Wybitnych i Uzdolnionych. Jednocześnie dotyczyło to też całej Europy, gdyż żadna
inna uczelnia nie posiadała podobnych zajęć. Tylko konserwatywna Szkoła Pianistów miało na tyle odwagi, by pozwolić filozofowi, o wątpliwym wykształceniu i niezbadanym umyśle na prowadzenie
własnych zajęć w zamian za dosadną pensję oraz własny pokoik na poddaszu. Mury uniwersytetu przez wieki zostały nietknięte – nawet posadzka zdawała się nosić brud sprzed dwustu lat. Była to ogromna, ciężka budowla, w której wszystko było wielkie – sale, stare prototypy żyrandoli, jednak z nowoczesnymi elektrycznymi żarówkami, drzwi i okna – wszystko za wyjątkiem pokoi uczniów, które jak
na złość były ciasne i duszne, wyposażone w kraty zamiast okiennic i trzeszczące parkiety.
Niektórzy uczniowie byli zdania, że nie był to przypadek lecz swoistego rodzaju system alarmowy. Legendy o uciekających parach nierozważnych pianistów, zmarłych z rozpaczy pośród murów szkolnych studentach, czy też bestialsko zamordowanych w akcie zazdrości muzykach, rozmnażały się niemal tak szybko, jak ideologie Meldingena, a trzeba było przyznać, że ten miał ich wiele.

- Tak więc praca. Praca jest kluczem. Potęgą – huczał swym donośnym głosem, silnie gestykulując lewą dłonią. O dziwo, tą drugą, wiecznie trzymał w kieszeni spodni. Bezustannie nastroszone, siwe włosy, które miały mu nadać wygląd roztargnionego kompozytora, nie spełniały się najlepiej. Nauczyciel filozofii był najbardziej zagadkową osobą w tej szkole nie z powodu swoich teorii, zamiłowania
do despotyzmu, którą niejako przejawiał, lecz faktu, iż nie potrafił zagrać na pianinie nawet gamy,
nie potykając się o własne palce. Niektórzy butni studenci, twierdzili, że jego nauczanie jest stratą czasu. Inni, że mija się z celem ze względu na prosty fakt – nauczał o sukcesie, którego nigdy nie osiągnął i osiągnąć nie mógł. Niektórym było wszystko jedno. Jeszcze inni, umierali na tej lekcji po trochu, biorąc sobie do serca słowa dziwnego profesora. Co dziwne, właśnie tych Meldingen dręczył najczęściej.

- Panie Forks, - zwrócił się ze złością do młodego chłopaka w pierwszym rzędzie, tak, że ten aż się wzdrygnął, potrącając swój kompletnie bezsensowny podręcznik autorstwa samego profesora na podłogę – ...mówimy tu o sukcesie, który można osiągnąć nie mając talentu. Wylewam balsam na pana serce, a ono go nie przyjmuje.

Nestor Forks tylko wzruszył ramionami na tak oczywistą obelgę i schylił się po książkę z nadzieją, że będzie miał spokój do końca lekcji. Zbyt często z niego szydzono, by przejął się tym mało widowiskowym docinkiem. Miał czarne, długie włosy i nienaturalnie bladą cerę. Pasował do ponurego wnętrza gmachu Szkoły Pianistów prawie tak dobrze, jak przestarzały surdut Meldingena. Parząc na jego osobą, można by dojść do wniosku, że padło się ofiarą ślepoty barw – wszystko w nim była albo białe, albo czarne. Ewentualnie, dla odmiany, szare – tak, jak jego oczy. Jednak nie były one tylko szare. Było w nich coś tak wyjątkowego, że zdawały się być przeciętne. Możliwe, że była to sprawa smutku, czającego się gdzieś między jedną, a drugą rzęsą. Możliwe też, że powagi, albo rozmarzenia – pewnego oderwania od rzeczywistości. Jednak najdziwniejszą sprawą w szarych oczach Nestora Forksa było to, że, mimo tylu utopionych w nich emocji, zdawały się być bez wyrazu – puste jak u lalki, tyle, że musiałaby być ona męska i potrafić bezbłędnie grać na pianinie. Oczywiście powinna być też brzydka i szara. Nikt by jej nie kupił. Pewnie wylądowałaby na śmietniku.

- Panie Forks, naprawdę warto uważać. Widziałem pana na gali kończącej trymestr i nie zauważyłem by miał pan się czym chwalić.

Cholerny cynik. Sprawa z koncertem była tematem tabu dla całej szkoły i, o ile ktoś miał za grosz serca, nie przypominał Nestorowi o niej. Kompromitacja od dzieciństwa, nie odstępowało od niego nawet na krok, toteż nie powinien się dziwić, że dopadła go na koniec kwartału. Przeszedł cudem. Wiedział o tym dobrze i powoli jego wiara we własne możliwości gasła jak płomień wypalającej się świeczki - najpierw powoli, by zniknąć znienacka całkowicie, pozostawiając człowieka w ciemności – bezbronnego i zagubionego. Czasami, wieczorami, kiedy nie mógł zasnąć jego umysł podsuwał mu szalone, piękne i tak odległe myśli. On na deskach skromnych barów; kawiarni, otoczony ochoczo nasłuchującymi klientami... Albo też we własnym salonie, w którym umieściłby biały, dystyngowany instrument i mógł cieszyć się jego brzmieniem... Potem marzenia stawały się coraz śmielsze i nierzeczywiste. Początkowe, skromne życzenia obróciły się w pył, ustępując miejsca sławie i podziwu, która ogarniała jego słuchaczy teraz – w teatrach, salach koncertowych i w snach. Niemal słyszał ich gorączkową szeptaninę po występie:

- Kto to? - pyta młoda dziewczyna wychylająca się z swojego siedzenia, by lepiej przypatrzeć się młodemu pianiście o cherlawym wyglądzie. Ma czarne, lśniące i postrzępione włosy, które nadają jej wyglądu kruka. Mimo to, jest piękna. Jej rysom brakuje drapieżności i wyrazistości, którym charakteryzują się ptaki.

Jest zarazem tak podobna i tak różna od swojego stwórcy, że wyrazisty obraz dziewczyny sam zaskakuje Nestora.

- To Nestor Brown – odpowiada z podziwem Mendeling, który z niewiadomych powodów, również zjawia się na wyimaginowanym spektaklu i zajmuje miejsce obok tajemniczej dziewczyny, odkładając na bok swój komiczny melonik i ukazując siwą grzywę – Myślałem, że nic z tym chłopkiem nie da się zrobić... A jednak! A jednak! Wystarczy, że mnie chłopak posłuchał. On ciężko pracował, naprawdę ciężko...

Z nieznanych Nestorowi przyczyn jego imaginacja nie posuwała się aż tak daleko, by wyidealizować skruchę nauczyciela, wkładając jej w usta przeprosiny z powodu złej oceny jego persony. Forks lubił się oszukiwać, ale znał też granice i wiedział, że jeżeli ten dzień nastąpi, to tylko wtedy,
kiedy sam rektor Szkoły Pianistów otrzyma Nagrodę Wirtuoza Zielonej Wyspy, a był pewien, że nie nastąpi to nigdy. Tak więc, chodził na wszystkie lekcje próbując dotrzymać kroku pozostałym - rozkojarzony i z rozpalonym, cichą nadzieją oraz obietnicą, umysłem. Notorycznie (a może jednak tylko częściej niż rzadko?) zaszywał się w krętych korytarzach uczelni lub w wielkiej sali zastawionej rzędami starych, bądź też nowych fortepianów. Zasłane były niedbale białymi prześcieradłami, gromadzącymi na nich wszelki kurzu uczelni. Przez uczniów nazywano ją Instrumentalnią. Czasem tylko chłonął widok zmarnowanej, wyniszczonej sali lekcyjnej, która ożywała za dnia. Każdy instrument odgrodzono cienką, typową dla jego domu, ciemną, dobrze wyciszoną ścianą, której barwa przywodziła na myśl kałuże po burzy. Nestor wiedział, którego fortepianu mógł używać nawet w nocy, pozostając przy tym niezauważonym – na samym środku sali, otoczony labiryntem dziwacznie powykręcanych,
popielato-brudnych „murów” znajdował się stary instrument, który mimo swych lat, prezentował się niezwykle dobrze. Kusił on świeżo lakierowanym skrzydłem – zapraszając do lotu. Nestor Brown jeszcze nigdy tego zaproszenia nie odrzucił. Jeszcze nigdy też, nikt go nie nakrył. Był pewien, że nie powinien szwędać się po zakazanych zakątkach starego budynku, ale ciekawość i chęć pobycia w samotności zawsze zwyciężały nad rozsądkiem. W ten sposób niepozorny, nieudolny Nestor Brown uzupełniał swój świat imaginacji – obserwując zakurzone meble w graciarni, wertując stare nuty w zapleczu bibliotecznym i przesiadując na zimnych, kamiennych parapetach. Dawało mu to tyle natchnienia, że nie rozumiał braku zaangażowania w swoją grę. Za dwa lata miał raz na zawsze opuścić mury tego ciemnego miejsca, ale zamiast dodawać mu otuchy, przywodziło to na myśl okropne scenariusze...

Od spotkania z Neustatem minął dokładnie rok, ale kiedy przypominał sobie jego słowa, serce mu zawsze zamierało – tak jakby zaskoczenie, rozczarowanie i porażka tliły się w nim, jak światła żarówki – wystarczyło przekręcić gałkę, by włączały się w ten sam sposób, z równą sobie mocą. Nestor powoli niecierpliwił się swoją nieudolnością. Zgoda, mógł poczekać jeszcze trochę, miesiąc, dwa (może nawet rok?) jednak liczył na coś więcej. Przełom musiał nastąpić. Co on inaczej tutaj robił?

- Panie Forks, co pan robi? - odezwał się ponownie karcący głos Mendelinga. „Pan Forks” z całej siły zacisnął usta, by nie tak znowu niewinne słowa: nie wiem, nigdy nie wydobyły się z jego gardła. - Myślałem, że ta kwestia pozostała już dokładnie omówiona... Pana zadaniem jest słuchać tego co się do pana mówi, ale jak widać, nawet tego nie jest pan w stanie zrobić bez pewnych komplikacji.

Pseudo-filozof zmiażdżył wzrokiem swojego ucznia i ciągle się mu przyglądając, oznajmił zadziwiająco złośliwym tonem:
- Do rektora.


1,2,3 Test...test 2013-01-07

Bawię się na odosketchu. STOP To nowy eksperyment STOP proszę nie zwracać na niego uwagi STOP Mam dzisiaj dobry humor i nawet nie wiem dlaczego STOP Jak widać jest naprawdę ze mną źle... to chyba stres przed zdawaniem egzaminu z niemca STOP & OVER


Istota doskonała cz. V 2013-01-01

Wedle życzenia. Naprawdę lubię je spełniać - mam nadzieję, że się spodoba ;P Obecnie przeszłam na inny poziom pisania - jestem level up, ale to też wstawię (zostawię tak jak było, jest pełne błędów,ale nich będzie, bo inaczej przekombinuję). Dane względem postępu są potwierdzone ;) (Chyba nie wszyscy rozumieli, że był to pod pewnym względem eksperyment kiczu, ale to nie tak, jak ze sztuką - nie można za dużo eksperymentować. Tyle ode mnie. Mogłabym się kiedyś zamknąć)
++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++
Tyle krwi. Wszędzie krew. Na białej ścianie. Na perskim dywanie leżącym na podłodze. Cała posadzka w jeszcze ciepłej i lepkiej czerwonej mazi.

Kiedy Śmierć weszła do pokoju aż ją zemdliło. Dawno nie widziała takiej sceny. Lekko znerwicowanym wzrokiem przebiegła maraton po pokoju, szukając rannego.

Oczywiście, że to on.
*
Bezimienny po prostu nie wytrzymał. Można powiedzieć, że się poddał, albo, że spadł na dno, albo, że popełnił jeden, wielki błąd, którego już nigdy nie naprawi.

To było takie proste. Kiedy wziął do ręki nóż, wydawał on mu się tak zimny i cienki, a dziura w jego sercu tak gorąca i głęboka, że niemal obawiał się, że umrze, tylko wtedy kiedy nie zatka jej owym nożem.

Chciał tego. Chciał spokoju. I chciał zobaczyć ją po raz ostatni, ale „tak naprawdę”. Siłą wymusił na niej randez vous.
*
Nawet nie spostrzegła kiedy w oczach stanęły jej łzy.

- Czy mam się ciebie pytać, dlaczego to zrobiłeś? - spytała. Dopiero fakt, że nie potrafiła złapać oddechu, uświadomił ją, że łzy spływają z jej oczu, całym potokiem. Nie otarła ich. Kolejne zajęłyby ich miejsce na tyle szybko, że nawet by tego nie zauważyła.

- Nie musisz. - jego głos był ochrypły, ledwo słyszalny w przygniatającej ciszy pokoju.

Pokiwała głową w otępieniu. Po chwili otrząsnęła się z zamyślenia i podeszła do mężczyzny. Upadła obok niego. Czuła się jakby przebiegła maraton. Czuła, że dogania samą siebie. Że może umrze z własnej ręki. Że może jest jeszcze jakieś wyjście z sytuacji. Zaśmiała się głośno, lecz był to martwy śmiech. Tak jak ona sama. Była zimna, czuła wręcz bladość swojej skóry. Chwyciła pukiel swoich włosów – czarne jak węgiel. Przez okno wleciał gigantyczny kruk, spoglądają z ufnością w jej stronę. Czyżby...Promyczek? Była córką nocy. Życie było córką dnia. Nie były siostrami. Wszystko nagle stało się jasne. Była zaślepiona przez cały ten czas...

- Dziękuję – szepnęła do powoli gasnących oczu, znajdujących się na jej wysokości. Tak bardzo chciała, żeby odbiły podobiznę Życia. Chociaż ten ostatni raz.
- Za co? - zaśmiał się Bezimienny. Blady uśmiech, na bladych wargach, w bladym świetle poranka wpadającego przez okno. Taka była kolej rzeczy.

- Za to, że potrafisz patrzeć głębiej niż inni. Niż wszystkie istoty, które poznałam – mruknęłam, wpatrując się w swoje dłonie. Miałam ziemistą, niezdrową cerę – Nie jestem nikim specjalnym. Nie jestem dobra, inteligentna, ładna.

- Co ty mówisz? - spytał Bezimienny. W jego o czach czaił się ból...O dziwo. - Jesteś dobra. Widzę jak boli cię twoje zadanie, jak cię przygniata, jak wyniszcza cię od środka. Jesteś jednak na tyle dobra, by całą winę wziąć na siebie. Jesteś na tyle mądra, żeby się z nim pogodzić. I jesteś taka piękna.

Chwycił zabłąkane pasmo moich czarnych włosów i dokładnie mu się przyjrzał.

- Miałaś rację. Twoje włosy są jasne – złote, tak jak gra promieni słonecznych w letni poranek, a twoje oczy, ciemno niebieskie, jak wieczorne niebo... - nie zdążył dokończyć zdania, bo jego ciałem wstrząsnęły silne dreszcze.

- Ciii – uciszyła go. Nic się już nie liczyło. Pozostały sekundy...może nawet mniej – To nie jest teraz ważne. Jesteś najbardziej wyjątkową istotą, którą miałam możliwość poznać. Podaruję ci nieśmiertelność, bo na zawsze pozostaniesz w mojej pamięci. Niestety nie mogę podraować ci nic innego.

A potem stało się to, co dzieje się ze wszystkimi. Pocałowała go. Tylko tym razem pocałunek był prawdziwy. Był pragnieniem, ostatnim próbą Życia do przejęcia kontroli, ale nie zmieniło to niczego w losach bohaterów. Śmierć stała się od tego czasu, tą Śmiercią, którą znamy. Tą, której oczekujemy. Blada, brzydka, koścista. Zniszczona. Oczekująca dnia, kiedy sama do siebie przyjdzie, by dosięgnąć siebie wiecznie naostrzoną kosą.


Na pożegnianie 2012-11-18

Długo się zastanawiałam i postanowiłam wrzucić to na pożegnanie. Na razie nie mam ochoty pisać. Brak mi motywacji ludzie, naprawdę. Przykro mi jeżeli kogoś rozczarowałam, ale przypuszczam, że nikogo to nie tyczy ;) Kryminał z romansem w tle (a jakże inaczej). Mroczny poznań, numerologia, morderca z dziwną psychiką... Nieco głupie, nieco śmieszne i nieco dużo akcji na małej przestrzeni, ale musiałam zmieścić się na 10 stron w open office. Przypuszczam, że nikomu nie będzie chciało się czytać, a może warto? Bo według mnie jest to chyba najlepsze co do tej pory stworzyłam...
____________________________________________________________________________________________________
-To mój koniec – pomyślałam.
Słyszałam stukot obcasów po marmurowych schodach. Wkrótce potem dołączył do nich odgłos ciężkich, stanowczych kroków. Nie musiałam zgadywać do kogo należały. Ruszyłam szybko w stronę drzwi. Chwyciłam za klamkę i pozwoliłam, by zamknęły się z donośnym trzaskiem, sama zaś ukryłam się pod schodami. Wstrzymałam oddech...
*
Mówi się, że kiedy jest się w obliczu śmierci, całe twoje życie staje ci przed oczami. W moim przypadku przypomniałam sobie tylko jego fragment. A dokładnie jeden fragment. Ten od którego zależała cała obecna sytuacja... Nie bałam się. Szkoda mi było tylko tych ostatnich dni, które spędziłam na rozszyfrowywaniu osoby, która za chwilę miała mnie zabić. Udało mi się to. Byłam w posiadaniu tajemnicy tak wielkiej, że kwestia śmierci, była prawie oczywista.
A wszystko zaczęło się w zwyczajny dzień, choć może powinnam powiedzieć „noc”? Miałam 28 lat, byłam osobą, która niedawno ukończyła studia, w zupełnie dla niej obcym mieście, Poznań. Pracę znalazłam stosunkowo szybko i miałam tyle szczęścia by posada ta była stosunkowo dobrze opłacalna, choć nie to było najlepsze w zawodzie jakim się trudniłam. Moje zadanie było wyjątkowe i dawało mi duże pole do popisu, ponieważ oprowadzałam wycieczki po Zamku Poznańskim. I to nocą. Wycieczki odbywały się raz w tygodniu, między godziną dziesiątą, a jedenastą wieczorem. Grupy nie były liczne. Przeważnie oprowadzałam dziesięć, góra piętnaście osób. Muszę przyznać, że taka niewielka grupa ludzi, w tym monumentalnym, zimnym, ciemnym Zamku, zbudowanym z marmuru i kamienia, w istnym labiryncie korytarzy
i przejść, robiła wrażenie. Czasem i mi przechodziły ciarki po plecach, kiedy wpatrywałam się w ciemne mozaiki, rozpostarte na całych ścianach, lub w sali zwanej przez wielu mieszkańców „lustrzaną”. Nie wiedziałam co ta sala miała takiego w sobie, że oddziaływała na mnie w ten sposób. Po prostu tak było.
Dzisiejsza grupa należała do zdecydowanie „mniejszej”. Oprowadzałam jedynie jedenaście osób. W większości były to stare małżeństwa. Znalazłam wśród nich również trójkę przyjaciół, którzy wpadli „przy okazji” zobaczyć tą „starą ruinę”. Od grupy zdecydowanie odbiegała osoba, która już w pierwszych minutach wycieczki zyskała w moich myślach przydomek „ta jedenasta”. Była to kobieta nikomu spośród mojej grupy nieznana, co już było stosunkowo dziwne. Nie interesowała się również ani historią Zamku, ani jego wyglądem. Wydawało się, że znała na pamięć tą starą budowlę. Nie zajmowałam się długo ową kobietą. Choć pracowałam tu dopiero rok, poznałam już co najmniej dwieście osób, które wyróżniały się znacznie bardziej, sposobem bycia. Dotarliśmy właśnie do ostatniej sali, sali lustrzanej, i po chwili, myślałam już tylko o tym, żeby opuścić te zimne mury.
-Tak więc, drodzy Państwo, mam nadzieję, że spodobała się Państwu nasza mała nocna eskapada po wnętrzach tego zabytku. Mam również nadzieję, że ciemne zaułki Pałacu, nie umniejszyły jego świetności.
-Ależ skąd – zapewnił mnie pewien charyzmatyczny staruszek, trzymający się blisko swoich przyjaciół i żony.
-Miło mi to słyszeć – zapewniłam wszystkich z uśmiechem i pchnęłam drzwi, z zamiarem zapewnienia mojej grupy, że zejdziemy teraz po schodach do holu, ale nie zrobiłam tego. Z moich ust nie wydobyło się składne zdanie, tylko przecinający błogą ciszę krzyk. Moim oczom ukazał się najobrzydliwszy widok, jaki kiedykolwiek miałam możliwość oglądać w moich koszmarach nocnych. Przede mną, na podłodze, leżała kobieta, która z pewnością już nigdy nie miała się poruszyć. Wpatrywała się we mnie swoimi pustymi, szeroko otwartymi w przerażeniu oczami. Usta były rozwarte w niemym krzyku strachu. Drżącymi rękoma szybko zatrzasnęłam i zaryglowałam drzwi, następnie podbiegłam do kolejnych i z nimi uczyniłam to samo.
-Proszę mi pomóc zamknąć okiennice – krzyknęłam spanikowana. Cała grupa natychmiast rzuciła się by spełnić moją prośbę. Byłam zbyt słaba by im pomóc. Oparłam się o drzwi i poczułam jak po twarzy spływają mi bezgłośnie łzy. Uklękłam na posadzce i wykręciłam numer do ochroniarza Zamku, z którym byłam zaprzyjaźniona. Zaczęłam chaotycznie szeptać do słuchawki:
-Marcin, weź wszystkich ochroniarzy, zadzwoń też na policję. Zaraz koło sali lustrzanej...ktoś zamordował kobietę.
Odłożyłam zanim zdążył odpowiedzieć. W sali zapanowała grobowa cisza. Bogato zdobione żyrandole rzucały złowieszcze cienie, na marmurową posadzkę o odcieniu kości słoniowej. Nasze przerażenie natomiast, odbijało się w monumentalnych lustrach, przywieszanych na surowych, kamiennych ścianach. Ozdobne, złote ramy nadawały im wygląd makabryczny obrazów. Jedna z kobiet dostała ataku, ale był to prawie bezgłośny urywany szloch. Nagle usłyszeliśmy ciche powolne, jakby przesuwające się z góry na dół, pukanie do drzwi. Wszyscy zamarli. Ucichł nawet urywany szloch kobiety z kąta. Pukanie się powtórzyło, roznosząc echem po całej sali. Nie miałam wątpliwości: dochodziło z drzwi o które byłam oparta. Zamiast się odsunąć, jedynie jeszcze bardziej zalałam się łzami strachu. Byłam oddzielona od mordercy, już tylko kawałkiem obrobionego drewna, masywnego drewna, ale to było i tak okropne. Wiedziałam, że Marcin zadzwoniłby, wiedząc, że nie otworzę tak po prostu. Poza tym było w tym pukaniu coś złowrogiego. Po chwili ucichło.
-Jeszcze się spotkamy – zapewnił mnie potworny szept, który szeptem nie był. To co do mnie dotarło jako ledwo słyszalne, musiało być wykrzyczane w korytarzu. Przeszły mnie ponowne dreszcze. Czy on wiedział, że to ja byłam dokładnie za drzwiami? Czy chodziło mu o mnie? Otarłam łzy. Moja komórka po chwili zadzwoniła. Przez chwilę rozmawiałam z Marcinem, a potem otworzyłam drzwi. Do pomieszczenia wdarł się charakterystyczny dźwięk syreny. Niczym cień, obserwowałam krzątaninę policji, wypytującej turystów o zdarzenia i wyprowadzających na zewnątrz. Byłam im wdzięczna, że przejęli ten obowiązek, chociaż przypuszczałam, że zmuszani oni byli do odprowadzania ofiar. Na koniec zwrócono się do mnie.
-Pani...? - spytał mnie uprzejmie przybyły Komisarz. Był on starszego wieku, lecz nadal o niezwykle wnikliwym spojrzeniu, jasnobłękitnych, wodnistych oczu. Orli nos i zdecydowane rysy twarzy nadawały mu surowy wygląd. Obok niego pojawił się młody mężczyzna o długich kruczoczarnych włosach i równie ciemnych oczach. Przedstawił się jako podkomisarz Biernacki.
-Milewska – odparłam. Poczułam, że mój głos zadrżał od nadmiaru emocji. Byłam słaba i tak się właśnie czułam. Podkomisarz nadal stojący obok starszego mężczyzny posłał nikły uśmiech w moją stronę.
-Proszę się nie martwić. To normalne – odparł widząc moje zażenowanie, na co przytaknęłam – To bardzo poważny przypadek. Podobny nie miał tu miejsca od...chyba od zawsze – wyznał. Jego twarz spoważniała.
-Czy wiedziała pani, że większość tutaj zebranych, zeznało, że to właśnie pani, jako pierwsza zauważyła zbrodnię? - wtrącił się niecierpliwie Komisarz.
-Tak, oczywiście. Tak, właśnie było – odparłam zimno – Co chce pan, przez to powiedzieć?
Zamiast odpowiedzieć na moje pytanie, przyjrzał mi się tylko badawczo.
-W zamku nie było nikogo oprócz Pani i tej grupy. - przytaknęłam – Skąd więc ta ofiara? Rozumiem, że ona do grupy nie należy – zaprzeczyłam – Nie zauważyła Pani również aby ktoś nagle odłączył się od Pani wycieczki – ponownie zaprzeczyłam. - Czy... czy przyjrzała się Pani ofierze?
Zaschło mi w gardle. Pokręciłam przecząco głową.
-Komisarzu Drzewiecki, daj może odpocząć dziś Pani Milewskiej. Nie wygląda najlepiej – wtrącił się nagle młodszy z mężczyzn. Byłam zaskoczona jego reakcją, ale też niezmiernie wdzięczna. „Drzewiecki” chyba podzielał moje zdanie, choć tylko w jednej z kwestii.
-Co ty sobie myślisz, Biernacki? - warknął na niego – Już wydajesz polecenia w swoim pierwszym śledztwie? - zadrwił.
-Po prostu nie uważam, żeby to teraz służyło całej sprawie – odparł niewzruszony Biernacki, po czym zwrócił się do mnie – Pani Milewska, czy nie wolałaby pani odpocząć chwilę i w spokoju porozmawiać o całym incydencie jutro, w pani mieszkaniu? Z pewnością zeznanie zyskałoby na wiarygodności, a Pani poczułaby się bezpieczniej w znanym Pani miejscu. - wycedził ostatnie słowa, które skierował do wyższego rangą komisarza.
Przytaknęłam uradowana, na tyle na ile pozwalały na to okoliczności w których się znalazłam. Szybko podziękowałam dwóm mężczyznom i odeszłam z zamiarem jak najszybszego opuszczenia miejsca zbrodni. Kiedy pchnęłam drzwi do korytarza, usłyszałam za sobą szybkie kroki. Odwróciłam się zdziwiona. Biernacki stał na schodach z nieodgadnioną miną. Wyglądał już na mniej pewnego siebie.
-Niech pani to weźmie. Mnie pomaga – powiedział lekko speszony i wcisnął mi w rękę jakieś opakowanie. Chciałam mu podziękować, ale mężczyzna już dawno zniknął za jednym z filarów prowadzących do martwej kobiety. Poczułam znowu paniczny strach, przypominając sobie ten widok, pukanie, a potem złowrogi szept.

Jeszcze się zobaczymy...

Poderwałam się nagle z łóżka. Słowa, które przed chwilą usłyszałam wydawały się tak realne. Nerwowo odszukałam budzik. Ósma rano. Drżącymi rękami podniosłam, zauważone przeze mnie opakowanie leków nasennych, które leżało na dywanie. A więc to jednak nie sen - pomyślałam przerażona. Było to, to samo opakowanie, które w nocy podał mi podkomisarz Biernacki. Usadowiłam się w pozycji półleżącej i przetarłam twarz rękami. Naprzeciw łóżka, wisiało lustro, więc od razu zauważyłam ciemne cienie pod oczami i mój nerwowy, rozbiegany wzrok. Czy jestem w niebezpieczeństwie? - zapytałam sama siebie. Szybko przyprowadziłam się do stanu porządku i zaczęłam sprzątać mieszkanie. Nie chciałam mieć za dużo czasu do myślenia, a z komisarzem umówiona byłam na godzinę dziesiątą. Ciekawiło mnie, czy tak jak wczoraj będzie mu towarzyszył Biernacki. Punktualnie o dziesiątej zadzwonił dzwonek do drzwi. Upewniłam się, że to oczekiwani goście i wpuściłam ich do środka. W drzwiach stał jednak tylko Biernacki. Odłożyłam jego płaszcz i pomyślałam, że nie wytrzymam dłużej w niepewności.
-Przepraszam Pana, czy komisarz Drzewiecki się dzisiaj nie zjawi? - spytałam uprzejmie.
Mężczyzna tylko uśmiechnął się tajemniczo i usiadł się na kanapie.
-Mogę? - spytał kiedy już zajął miejsce.
-Oczywiście, oczywiście – wydukałam, zaskoczona trochę wymijającą odpowiedzią, której tak naprawdę nie dostałam.
-Komisarz jest właśnie w laboratorium i czeka na wyniki sekcji zwłok – oznajmił, po chwili ciszy.
-Rozumiem – odparłam i zajęłam miejsce naprzeciw mężczyzny.
-Muszę pani zadać parę pytań. - mruknął podnosząc wzrok, znad stosu kartek – Ale też wyjaśnień. Myślę, że razem dojdziemy do sedna sprawy.
Byłam lekko zaskoczona użyciem przez niego słowa „razem”, ale postanowiłam po prostu nie skupiać się na tej części wypowiedzi, więc przytaknęłam.
-Proszę poprawić mnie, jeżeli coś nie będzie zgodne z prawdą – powiadomił mnie, wkładając okulary i przeglądając moje dane – Emilia Anna Milewska, urodzona 08 października 1983 r. w Zielonej Górze, zdobyła wykształcenie wyższe, do Poznania przybyła w roku 2006 w celu rozpoczęcia i ukończenia studiów. W roku 2010, zaraz po ich ukończeniu, przejęła funkcję przewodnika po mieście Poznań, raz w tygodniu organizując specjalne, nocne zwiedzanie Zamku, gdzie pracuje do dziś.
-Wszystko się jak najbardziej zgadza.
-Dobrze – ujrzałam chwilę wahania w oczach mojego rozmówcy zanim dodał – Komisarz Drzewiecki, kazał również sprawdzić akta Pani rodziców, ale uważam to za zwykłą stratę czasu. Ta cała biurokracja. Jakby to nam pomogło. Nie jestem zwolennikiem prowadzenia tego typu działań, ale gdyby miała Pani chwilę...
Podał mi akta rodziców, które zobowiązałam się przejrzeć.
-Przejdźmy bezpośrednio to sedna sprawy – zaproponował Biernacki, na co się zgodziłam – Niech Pani powie: co wydarzyło się 12 maja bieżącego roku?
-Oprowadzałam grupę turystów po Zamku, co robiłam co tydzień. Kiedy dotarłam do sali lustrzanej i pchnęłam drzwi prowadzące na korytarz ujrzałam...tą martwą kobietę.
-Czy przyjrzała jej się pani dokładnie? - przerwał mi podkomisarz.
-Nie – odparłam zgodnie z prawdą. Nie byłam wtedy w stanie jej dokładnie oglądać.
Biernacki gestem nakazał mi kontynuować. - Myśląc przede wszystkim o bezpieczeństwie mojej grupy zamknęłam drzwi i zadzwoniłam po pomoc. W czasie oczekiwań, ktoś stanowczo i kilkakrotnie zapukał do drzwi.
-Czy to prawda, że do sali lustrzanej prowadzą dwa wejścia? - ponownie przerwał mi mężczyzna. Przytaknęłam. - Pukanie dobiegło ze strony przeciwległej, a nie od strony ofiary?
-Tak. To dziwne, prawda? - mój rozmówca, skinął głową na znak aprobaty.
-Nie zauważyła Pani niczego niespotykanego podczas tej nocnej wyprawy, że tak to ujmę?
-Zupełnie nic.
-Czy jest jeszcze coś o czym chciałaby mnie Pani poinformować? – spytał, podnosząc pytająco lewą brew.
-Usłyszałam cichy głos zaraz po pukaniu, ale osoba stojąca po drugiej stronie drzwi musiała raczej krzyczeć. Drzwi bardzo skutecznie tłumią dźwięki – wyjaśniłam.
-Co Pani usłyszała?
-Jeszcze...się zobaczymy – zarówno moja twarz, jak i naprzeciw mnie siedzącego mężczyzny, spochmurniała.
-Męski? - spytał nie odrywając wzroku od blatu stołu.
-Tak – powiedziałam ledwie słyszalnym głosem. Przez chwilę w pokoju zalegała całkowita cisza.
-Ofiara nie należała do Pani grupy. - to było stwierdzenie, a nie pytanie.
-Skąd Pan to wie? Moja grupa to powiedziała? - mężczyzna zaprzeczył energiczne.
-Pytałem już o to czy przyjrzała się Pani ofierze. Proszę spojrzeć na zdjęcia.
Z trudem wzięłam do ręki jedną z fotografii. Wczorajszy koszmar znowu stanął mi przed oczami. Nawet nie zauważyłam, że po mojej twarzy pociekły łzy. Szybko otarłam je i próbowałam skupić się na szczegółach.
-Ależ to...! - krzyknęłam wzburzona.
-Dokładnie to. - potwierdził moje obawy, ze smutkiem Biernacki. Sam zajął się oglądaniem zdjęcia – Ktoś chce wyraźnie dać do zrozumienia reszcie, o swojej władzy. Władzy nad śmiercią. To brzmi dumnie w uszach niektórych wariatów. Zauważyła Pani to dokładne ułożenie martwej w odpowiedniej pozycji, jej ekspozycję i ostatecznie to. - mężczyzna wskazał na przedmiot wciśnięty w skostniałą dłoń zabitej – Klepsydrę. A to nie wszystko. Nie słyszała pani, żadnych odgłosów szamotaniny ani wołania o pomoc, ale kiedy wyszła Pani na korytarz, ujrzała Pani ślady krwi na posadzce i ścianach, które wyglądały na świeże. Celowo użyłem słowa „wyglądały”. Dowiedzieliśmy się, że były upozorowane.
-Co to ma znaczyć?
-To, że ktoś za wszelką cenę chciał udać, że zabił kobietę w Zamku, czego nie zrobił. Zabrał zmarłą ze sobą wraz z jej krwią. Tak – posłał znaczące spojrzenie w moją stronę – Sprawdziliśmy to. Musiał pozwolić wykrwawić się swojej ofierze i zebrać jej krew do jakiegoś naczynia, żeby później naznaczyć nią mury. Zrobiło mi się słabo, a chwilę potem niedobrze.
-...by potem wyeksponować ją w odpowiedni sposób – dokończył przygnębiony – Chyba zauważyła Pani, że jest nadzwyczaj – wydawał się szukać odpowiednich słów – niebezpieczny.
Naszą rozmowę przerwał odgłos dobiegający z kieszeni podkomisarza. Biernacki wyjął swój telefon i rozmawiał przez chwilę, przyciszonym głosem.
-Przepraszam. Właśnie zostałem wezwany przez komisarza. - wyjaśnił, pospiesznie zabierając swój płaszcz i kierując się w stronę wyjścia. Kiedy odchodził poczułam niewyjaśniony strach na myśl pozostania znowu zupełnie samą w mieszkaniu.
-Panie komisarzu...
-Jeszcze podkomisarzu. – przerwał mi - Przez komisarza to ja jestem właśnie wzywany.
-Biernacki – warknęłam, nie zwracając uwagę na to, że ominęłam formę grzecznościową. Jego głowa automatycznie podniosła się do góry, a oczy wpatrywały się teraz we mnie z zaciekawieniem i rozbawieniem. Za późno zdałam sobie sprawę z tego co właśnie się wydarzyło.
-Panie Biernacki – poprawiłam się szybko, czując, że już dawno powinnam go wypuścić, ale nie potrafiłam.
-Nie mogę spać –wyrzuciłam „coś” w końcu z siebie. Nie było to tylko to, co zamierzałam z siebie wyrzucić.
-Cóż, ja też nie sypiam ostatnio zbyt dobrze. Niech pani idzie do psychologa. Nie mam przy sobie tabletek – odparł zirytowany mężczyzna.
-Czy mieszka pan sam? - spytałam, a słowa, które powiedziała przestraszyły mnie samą, dlatego zaczęłam się tłumaczyć, dostając przy tym słowotoku. - Jak już Pan zauważył, jestem w zupełnie nieznanym mi mieście. Nie mam zbyt wielu znajomych, a żaden nie jest w stanie mi teraz pomóc. Przyjechałam tu tylko na studia, a na nich też nie byłam zbytnio lubiana - wzięłam głęboki oddech zanim skończyłam – Boję się. Czy nie zechciałby pan, może wrócić i przespać się dzisiaj u mnie. Odstąpię łóżko – zapewniłam i po chwili dodałam – Dla dobra śledztwa.
-Cóż, dla dobra śledztwa zrobię wszystko. - odparł ze złośliwym uśmiechem, po czym spoważniał – Rozumiem Pańskie obawy. Wrócę. Skorzystam z propozycji.
Miałam go wypuścić, kiedy coś sobie przypomniałam.
-Panie Biernacki, niech Pan nie bierze tego jako propozycji do... - urwałam i posłałam znaczące spojrzenie w jego stronę.
-Nawet przez myśl mi to nie przeszło. Żegnam Panią, Pani M. - powiedział ze źle skrytym sarkazmem i zniknął mi z pola widzenia.
-Żegnam Pana, Panie B. - mruknęłam do powietrza, po raz pierwszy rozbawiona od tamtej nocy.
*
Rzucałam się niespokojnie po łóżku, kiedy usłyszałam pukanie do drzwi. Zamarłam. Cicho wyślizgnęłam się spod kołdry i wykręciłam numer do Biernackiego.
-Przepraszam, że przeszkadzam, ale czy to Pan stoi przed moim mieszkaniem i puka? - spytałam szeptem.
-Tak. Ma Pani wizjer – stwierdził rozeźlony.
-Rzeczywiście – mruknęłam, otwierając drzwi, nadal z telefonem przy uchu. - Ale musi mi Pan wybaczyć jestem trochę rozkojarzona...
-Bardzo Pani współczuję – odpowiedział z, jak ostatnio zauważyłam, typowym dla niego złośliwym uśmiechem – Ale co ja mam powiedzieć?
Przez chwilę nie wiedziałam o co mu chodzi. Dopiero po chwili zorientowałam się, że wyszłam w samej koszuli nocnej. Pobiegłam do szafy, zostawiając w drzwiach mojego gościa. Kiedy wyszłam z pokoju, drzwi były starannie zamknięte, a Biernacki rozsiadł się ponownie na kanapie, którą chyba polubił.
-Dziwię się, że to nie Pani padła ofiarą jakimś złoczyńcom – zaczął swoją tyradę – Musi Pani wiedzieć, że ktoś , kto by mnie obserwował z łatwością mógłby przechwycić mój telefon i udać mój głos. Wizjer jest tu znacznie pewniejszym źródłem. No i nie raczyłbym zostawiać drzwi otwartych na oścież w nocy, o proponowaniu noclegów nieznajomym, już nie wspominając.
-Jest Pan okropny – stwierdziłam sucho.
-Dziękuję, wszyscy mi to mówią – odpowiedział wesoło, wstając i napełniając czajnik wodą – Ale musi Pani wiedzieć, że mam pewne podejrzenia, choć nie mogę dać Pani dowodu na to, że jesteśmy obserwowani. Musi Pani przyznać, morderca jest przebiegły, a takie działanie, byłoby dla niego niezwykle korzystne. Kiedy wracałem z miejsca zbrodni...
-Co...?- przerwałam mu.
-Szybko Pani łączy fakty – przyznał smutno – Tak, druga zbrodnia. Tak, prawdopodobnie ten sam sprawca. Tak, te same okoliczności.
Przez chwilę w pomieszczeniu panowała niczym nieprzerwana cisza.
-Pchnięcie nożem w samo serce ofiary, poza tym zwłoki w generalnie dobrym stanie. Zero śladów odcisków palców, włosów, śliny czy … innych osobistych wskazówek. I atrybut... Tym razem diadem.
Nie wierzyłam własnym uszom.
-Diadem? - powtórzyłam zdziwiona.
-Diadem. Sztuczny oczywiście. – odparł i rzucił mi zdjęcia na stół – Nie są robione przez policję, tylko mnie jako osobę prywatną. Może je Pani zobaczyć – zachęcił.
Drżącymi rękami wzięłam jedną z fotografii. Przedstawiała upiornie blade oblicze młodej i przede wszystkim martwej kobiety. W jej długie, czarne, poplątane włosy wetknięto diadem. Pierś i tułów, poplamione były zaschniętą krwią.
-Po co robić takie rzeczy? - spytałam. Biernacki wzruszył tylko ramionami, a ja poczułam, że robi mi się niedobrze. Odłożyłam zdjęcie.
-Ja też mam dla Pana niespodziankę – oznajmiłam grobowym głosem. - Proszę, zobaczyć co przesłali mi Pana przyjaciele.
Na stertę wywołanych zdjęć, położyłam kopertę, trzymając ją przez chusteczkę higieniczną.
-Proszę nie zostawiać odcisków palców – ostrzegłam, na co odpowiedział mi jedynie pobłażliwym spojrzeniem. Przypuszczalnie w jego oczach i tak już dawno zniszczyłam ten oto dowód, ale nie mogłam się powstrzymać przed nie otwieraniem go. Mężczyzna wyjął rękawiczki i wysypał zawartość koperty na stolik. -Choroba zawodowa – wyjaśnił mi, wkładając je na ręce – Nigdzie nie ruszam się bez mojego sprzętu.
Przejrzał list, który oczywiście nie był pisany odręcznie i położył obok zdjęcia, które również znajdowało się w kopercie.
-Czy wie pani co to znaczy? - spytał, wpatrując się na przemian to w zdjęcie, to w drukowany tekst.
W liście zapisano zaledwie kilka zdań, z czego większość na pewno nie kwalifikowało się pod pojęcie „zdanie” : Myślę, że to pomoże Pani, Pani M i Panu podkomisarzowi. 4 5 3 2 6 3 1 3 4 . No 4.
-Cholera jasna, wiedziałem, że to on. - warknął z nienawiścią Biernacki.
-Kto? Zna pan sprawcę? - spytałam nieprzytomnie.
-Nie, nie. - pokręcił przecząco głową – Chodziło mi o typ. To szaleniec i to było pewne już na wstępie, ale teraz, na domiar tego okazało się, że inteligentny szaleniec. Będzie chciał, żebyśmy grali w jego chorą grę. Rozwiązywali zagadkę krok po kroku, pakując się w jego sidła. Nie spocznie póki nie skończy tej chorej zabawy. Tylko wtedy poczuje się spełniony. Kiedy w y g r a. Wie pani, kiedy nastąpi koniec tej „gry”? - nie czekał na odpowiedź – Kiedy albo on, albo my umrzemy. To gra o w s z y s t k o.
Powiedział to tonem tak spokojnym, że prawie nie dotarł do mnie sens jego słów. Wpatrywałam się w niego z niedowierzaniem wymalowanym na twarzy. Jego nerwowość zdradzał tylko fakt, że sięgnął do kieszeni i wyjął z niego papierosa. Po chwili do pokoju wkradł się dym nikotynowy.
*
-Czy widział Pan to zdjęcie, Panie podkomisarzu? - spytałam podnosząc przesłane zdjęcie Zamku.
-Tak. Odbicie lustrzane.
Przytaknęłam.
-Myślę, że to nie jest przypadek. - odważyłam się powiedzieć to na głos – Nigdzie nie robią takich zdjęć. Trzeba je było przetworzyć na komputerze. Po co zadawać sobie tyle trudu bez jakiegokolwiek sensu?
-Też o tym myślałem – przyznał Biernacki – Jest przebiegły i silny. Pierwszy raz widzę, żeby przestępca zaatakował tak szybko po jednej zbrodni i tak perfekcyjnie. Jeżeli chce Pani znać moje zdanie nie będzie to ostatnia.
Biernacki już dawno wrócił od Komisarza, przekazując mu i jego „załodze” list. Był więcej niż zaniepokojony, kiedy okazało się, że w kopercie znajduje się również włos. Mężczyzna próbował przekonać wszystkich przez kolejne godziny o tym, że zapewne jest to tylko zorganizowany podstęp, mający sprowadzić śledztwo na złe tory. Choć i ja byłam tego równie pewna, uważałam, że postąpiono słusznie, zajmując się i tą sprawą.
-Więc...jaki jest klucz? - spytałam zaciekawiona.
-Nie mam pojęcia. Nie jestem wszechwiedzący. - warknął zdenerwowany podkomisarz, choć brzmiało to jak błaganie o przyjęcie tego do wiadomości
– Nienawidzę kiedy giną ludzie przez moją głupotę lub słabość. - dodał znacznie ciszej.
-Panie Podkomisarzu – odpowiedziałam siląc się na powagę – To dzięki Pana przebiegłości i sile ludzie żyją. Przecież to nie Pana wina.
-Ciekawe, czy też byś tak powiedziała gdybyś dzisiaj umarła tylko dlatego, że nie rozumiem tego wariata?
Nagłe przejście z formy grzecznościowej, na „ty” nie umknęło mojej uwadze. Był zdenerwowany.
-Nie wiem czy powiedziałabym dokładnie to samo słowo w słowo, mam stosunkowo złą pamięć, ale jestem pewna, że sens by się nie zmienił.
-Ja bym sobie tego nie wybaczył. - mruknął bardziej do siebie niż do mnie.
-Dlaczego? - dopiero moje pytanie, uświadomiło mu, że wypowiedział to na głos.
-Już mówiłem: nie lubię kiedy giną przedwcześnie ludzie. Tym bardziej w męczarniach – odparł, jednak trochę za szybko i nerwowo jak na moje gusta. Wpatrywałam się jeszcze przez chwilę w Biernackiego.
-Cieszę się, że Pan przyszedł. - odparłam, bez jakiegokolwiek powodu. Żałowałam, że nie ugryzłam się w język.
-Cóż, też się cieszę, ale robi się późno. - spojrzałam na zegar. „Późno” było w tym przypadku niedopowiedzeniem. Była trzecia w nocy. - Myślałem, że miałem pomóc pani w zaśnięciu, a okazało się, że to Pani zaburza mój sen, pomagając mi w śledztwie i wysyłając nocą z dowodami. - zaśmiał się, a ja odpowiedziałam mu tym samym. Nie przywiązywałam zbyt dużej uwagi do wyolbrzymionego komplementu, źle ukrytego w całej wypowiedzi. Oznaczało to tylko, że mu się podobam.
Oczywiście, że mu się podobałam inaczej nie przyszedłby do mnie w nocy, nie dzieliłby się ze mną informacjami w sprawie śledztwa i ostatecznie nie przełożył przesłuchiwania, sprzeciwiając się przy tym przełożonemu. Uśmiechnęłam się do tej myśli, ale zepchnęłam ją w najdalszy zakątek mojego umysłu.
-Dobranoc... - wyrwało nam się jednocześnie, uśmiechnęliśmy się i każde poszło w swoją stronę.
*
Kiedy wstałam rano poczułam się znacznie bardziej wypoczęta niż po pigułkach nasennych. Przeciągnęłam się i przez dłuższą chwilę byłam naprawdę szczęśliwa. Dopiero później, kiedy wspomnienia minionych dwóch dni wróciły, poczułam się znów nieswojo. Zajrzałam do salonu, nawet nie łudząc się, że zobaczę w nim mojego gościa. Tak jak przypuszczałam, pokój był pusty. Poczułam lekkie ukłucie rozczarowania, lecz po chwili zganiłam siebie w myślach. To był czas wojny, miłość mogę zostawić na później. Miłość? Czy naprawdę użyłam tego słowa? Pokręciłam głową, nie dowierzając we własną głupotę. Rosła w błyskawicznym tempie z dnia na dzień. Włączyłam komputer, chcąc wyszperać w sieci coś na temat szyfrów. Wiedziałam, że nie miałam tych kwalifikacji co policja, jednak może i mi udałoby się coś znaleźć, przy odrobinie szczęścia. Kiedy przeglądałam właśnie jedną z witryn zadzwonił telefon. Zerknęłam któż to taki, zanim odebrałam.
-Dzień dobry podkomisarzu – przywitałam się z moim rozmówcą. Jego wczorajsze ostrzeżenie, nadal rozbrzmiało w mojej głowie, więc na wszelki wypadek pozostałam nieufną.
-Dzień dobry – odpowiedział mi głos w słuchawce, bardzo podobny do jego głosu.
-Przepraszam Pana, ale czy mógłby Pan podać jakiś dowód na to, że rozmawiam w rzeczywistości z Panem?
Odpowiedziały mi ciche przekleństwa, zanim usłyszałam na powrót opanowany, miły acz suchy ton.
-Co Pani chce wiedzieć?
Zaśmiałam się dźwięcznie do słuchawki.
-Teraz już nic, Panie podkomisarzu. Tylko Pan potrafi odzywać się w taki sposób.
-Jaki sposób? - spytał mnie wyraźnie zbulwersowany głos w słuchawce.
-Niech Pan pozwoli, że ujmę to w ten sposób: zmienia Pan zdanie co pięć minut. Wczoraj miałam się jeszcze mieć na baczności i szydził Pan z mojej ignorancji, kiedy otwierałam Panu drzwi, dzisiaj denerwują Pana moje zasady bezpieczeństwa. Poza tym...tylko Pan potrafi uspokajać się równie szybko, co wybuchać, ale chyba nie po to Pan dzwoni, żeby dowiedzieć się czegoś na temat własnej duszy, prawda?
-W rzeczy samej. Teraz, kiedy skończyła już Pani, tą dziecinną zabawę, mogę Panią powiadomić, że postępy są nikłe.
Przez chwilę nie wiedziałam co odpowiedzieć.
-Aha. - powiedział chyba mój głos, a nie ten w słuchawce. - W związku z tym?
-Nic. Tak tylko...- usłyszałam nutę wahania w jego głosie – tak tylko dzwoniłem.
-Chciał Pan dowiedzieć się, że żyję – stwierdziłam śmiało.
-Tak – przyznał. Jego głos brzmiał teraz tak, jakby starał maskować rozbawienie, związane ze zdemaskowaniem go. Uśmiechnęłam się mimowolnie, wyobrażając sobie jego twarz.
-W końcu jest Pani w stałym kontakcie z mordercą – dodał bardziej urzędowo, czym obrócił w pył mój dobry humor.
-Zgadza się. W takim razie czekam do wieczora – oznajmiłam.
-Tak. - odparł mi zrezygnowany ton – Pani wie...Dzisiaj umrze kolejna osoba, a ja go nie powstrzymam.
-Wiem – mój głos już nie zadrżał, ale brzmiało w nim to samo zrezygnowanie. Odłożyłam słuchawkę.
*
Biernacki jeszcze wczoraj nakazał mi się nie ruszać z domu i postanowiłam tak też zrobić. Moje poszukiwania, względem kodu, również się nie powiodły. Najlogiczniej było ponumerować litery alfabetu, cyframi od 1 do 9 i zamienić w ten sposób kod w słowo, ale żadne, istniejące, logiczne, używane „słowo” z tego nie powstało. Znużona, zasnęłam nad kartką. Obudziła mnie dopiero, czyjaś ręka na moim ramieniu. Momentalnie byłam całkowicie przebudzona. Moje ożywienie, zamieniło się najpierw w przerażenie, a potem – rezygnację.
-Możesz mnie zabić... – stwierdziłam, zanim spojrzałam w twarz mojemu prześladowcy. - ...Panie podkomisarzu. - dokończyłam, krzywiąc się nieznacznie. - Skąd ma Pan klucze?
-Nie mam, ale mam wprawę we włamywaniu się do cudzych mieszkań – stwierdził z pewną powagą.
-Wprawę... - mruknęłam do siebie, podnosząc się z krzesła – Jak tam było?
-A chce Pani zobaczyć kolejne zdjęcia? - to było nieuniknione.
Tym razem ofiarą była blondynka. Patrzyłam na zdjęcie prawie bez lęku. W tej chwili przepełniał mnie tylko smutek. Na inne emocje nie było nawet miejsca. Pogładziłam fotografię, prawie tak, jakbym chciała okazać wsparcie zmarłej. Zaschła krew, powykręcane w nienaturalnej pozie kończyny, potargane, złociste loki, mętne, martwe spojrzenie, błądzące w nicości. Odłożyłam fotografię, do pozostałej dwójki. Niedługo mogłam dołączyć do tej koszmarnej kolekcji.
-Miecz. - mruknął w przestrzeń Biernacki. Miecz był kolejnym atrybutem zmarłej. Położono go między nią a grobowcem.
-Panie Podkomisarz...
-Piotr – przerwał mi. Zamrugałam ze zdziwienia. - Nie mogę znieść tego całego „Pan” i „Pani”.
Choć osobiście uważałam, to za dziwny moment na tego typu zmiany, nie zaprotestowałam.
-Dobrze – celowo ominęłam wypowiedzenia jego imienia – Gdzie tym razem pozostawił ofiarę morderca?
-Mauzoleum Mielochów.
-Chwileczkę...czy to nie jest zabytek? - spytałam, łącząc nagle w całość fakty. - Drugi raz zaatakował w...
-W Akademii Lubrańskiego. Zgadza się – wtrącił się mężczyzna – Chyba gustuje w zabytkach miasta.
-To nie przypadek – skwitowałam.
-Nie, nie tym razem...
*
Obudził mnie szczęk zamka w drzwiach. Przez chwilę myślałam, że zostałam sama, ale kroki dochodzące z korytarza, uświadomiły mnie, że tak nie jest.
-Piotr, gdzie ty chodzisz o tej godzinie? - spytałam sennie, lekko się przeciągając.
Mężczyzna stał w drzwiach, oparty nonszalancko o framugę drzwi. Przygryzłam dolną wargę, żeby się nie roześmiać. Przez ostatni czas, stał się zbyt pewny siebie.
-Po pierwsze, spójrz na zegarek, po drugie: otworzyłem listonoszowi, po trzecie: coś ty brała? Nie byłem w stanie cię dobudzić od dwóch godzin.
Skrzywiłam się mimowolnie, patrząc na budzik, stojący na stosie książek leżących obok łóżka.
-Aż tak późno? - spytałam nie dowierzając. Nie otrzymałam, żadnej odpowiedzi. Chyba podkomisarz nie zdawał sobie sprawy z powagi mojego pytania. Mimo to wyczołgałam się z łóżka i szybko doprowadziłam do porządku. Z moich porannych czynności wyrwał mnie wściekły krzyk, dobiegający z salonu.
-Cholera ! – potoczyło się echem po mieszkaniu i zanim zdążyłam dojść do sprawcy całego zamieszania, usłyszałam już tylko trzask drzwiami i tłumione przez nie szybkie, energiczne kroki, dobiegające z klatki schodowej. Zdziwiona poszłam do pokoju w którym jeszcze przed chwilą siedział mój gość. W pokoju nie było nic co mogłoby wytrącić go z równowagi. Być może zadzwonił komisarz Drzewiecki? Usiadłam na fotelu i dopiero w tym momencie znalazłam niezaadresowaną kopertę. Poczułam niemiły skurcz w żołądku. Pamiętając o tym, by dotykać ją przez chusteczkę otworzyłam ją i wyciągnęłam z niej malutki bilecik, na którym napisano tylko tyle: 1 9. No 1. Klucz zawarty jest w słowie.
Nawet nie zauważyłam kiedy do mieszkania ponownie wtargnął podkomisarz. Stał teraz za moimi plecami. Kiedy się odwróciłam spostrzegłam zrezygnowanie malujące się na jego twarzy.
-Zniknął – wpatrywał się we mnie z wyrazem konsternacji.
Pokiwałam smutno głową.
-Trudno. Przecież nie mogłeś wiedzieć. - odparłam z mieszanką żalu i współczucia w głosie.
-Przepraszam cię, Emma – mruknął.
-Nie tak mam na imię – zwróciłam mu uwagę, ponieważ po raz pierwszy zwrócił się do mnie w ten sposób.
-Wiem...po prostu nie znoszę Emilii.
*
Listonosz już więcej się nie pojawił. Byłoby to zbyt ryzykowne z jego strony. Żałowałam, że to nie ja wyszłam mu otworzyć, być może rozpoznałabym w nim mordercę, jednak równie dobrze, mógł być to tylko członek całej grupy zorganizowanych przestępców. Może nie był to jeden mężczyzna, który znajdował się wtedy w zamku? Kiedy podzieliłam się moimi spostrzeżeniami z Piotrem, kategorycznie temu zaprzeczył. Twierdził, że widoczne są charakterystyczne działania mordercy, które są tak ekstrawaganckie, że „wyróżniają się spośród setek innych zbrodni”i, „że jego akcje są przede wszystkim dobrze przemyślane”. Nie mogłam temu zaprzeczyć, ale natrętne myśli o wielu podobnych osobnikach nadal mnie nękały.
*
-Klucz tkwi w słowie... – powtórzył głucho.
Przytaknęłam energicznie.
-Tym słowem musi być „zamek”! To było na zdjęciu, a zdjęcie było lustrzanym odbiciem oryginału! Przyporządkowałam alfabetowi odpowiednie cyfry, wiesz, takie jak: a – 1, b -2, i zakodowałam w ten sposób słowo zamek. 8 1 4 5 2. Właśnie to mi wyszło. W tym przypadku 1 9 byłoby zakodowanym odpowiednikiem słowa AI, AR, JR, JI, SR, SI, ale to wszystko nie ma sensu – ciągnęłam ożywiona – Kiedy jednak cyfrowy odpowiednik słowa zamek, zamienimy w odbicie lustrzane - 2 5 4 1 8 otrzymamy i NI, NR, WI, WR, EI i... ER! - oczekiwałam jakiegokolwiek potwierdzenia z jego strony, ale nic takiego nie nastąpiło.
-E.R! Nie mów mi, że nie znasz tego klubu! - przewróciłam oczami. - To najsłynniejsze takie miejsce w Poznaniu! Będzie tam dzisiaj! Tam po raz kolejny pozostawi ofiarę!
-Emma, nawet jeżeli masz rację, to w twoim planie jest zbyt wiele luk. Co z miejscem? Przecież on wybiera zabytki, a nie miejsca imprez nocnych. I co oznacza wtedy No. 1?
-Nie wiem. Może mu nie chodzi tylko o zabytki, a o ludzi. Chce, żeby jak najwięcej osób zobaczyło jego zbrodnię. Może chodzi mu o publiczność, albo...nie wiem, ja się na tym nie znam, ale jeżeli posłużysz się tym samym kodem, to z cyfr 4 5 3 2 6 3 1 3 4 otrzymasz słowo mauzoleum. Proszę cię – wpatrywałam się w niego błagalnie – zbierz ekipę i zaczajcie się tam dzisiaj. Nic innego nam nie pozostało.
-Masz rację – przytaknął, poważnie. - Może dzisiaj w końcu uda nam się go powstrzymać.
Do sprawy podchodził nadal sceptycznie, jednak już z większym zaangażowaniem.
-Jeżeli masz rację, to uratujesz komuś dzisiaj życie – mruknął, posyłając blady uśmiech w moją stronę.
-Tylko jeżeli ty w końcu się ruszysz – sarknęłam. Jego uśmiech się pogłębił.
Chwilę później w salonie nie było już nikogo prócz mnie.
*
Miałam rację. Okazało się, że właśnie tam pozostawiono kolejne zwłoki. Znów kobieta. Stosunkowo młoda, tak jak i reszta. Na jej piersi położony był wieniec. Jak można się było tego spodziewać, morderca zaatakował wcześniej niż zwykle, pozostawiając komisarzom jedynie kolejnego trupa.
-Skąd mógł wiedzieć? Przeważnie o morderstwie dowiadywaliśmy się znacznie później, a w tak często odwiedzanych miejscach, w których on zostawia tych ludzi, przeważnie nie brakuje świadków, którzy od razu zadzwoniliby na policję. - podkomisarz albo naprawdę nie wiedział, albo nie chciał zrozumieć. Osobiście skłaniałam się ku drugiemu.
-Mi się wydaje, że dobrze wiesz „czemu”. Sam na to wpadłeś, dwa dni temu – przypomniałam mu.
-Oczywiście, że wiem. A ty chyba wiesz co w takiej sytuacji należy zrobić.
Skinęłam w milczeniu głową i nie czekając na ciąg dalszy wydarzeń, obróciłam się na pięcie i wyszłam z pokoju. Chwilę później stałam z większą torbą podręczną na korytarzu. Bez słów opuściliśmy mieszkanie.
-Gdzie idziemy – spytałam, próbując bezsilnie dotrzymać mu kroku.
-Do mnie – stwierdził lakonicznie.
Przez dalszą część drogi w ogóle się nie odzywałam, w obawie, że jesteśmy śledzeni, dopiero kiedy zamknął drzwi do swojego mieszkania, poczułam się trochę bezpieczniej. Podkomisarz od razu udał się do łazienki.
-Myślisz, że jesteśmy na podsłuchu? - nie mogłam dłużej powstrzymać tego pytania.
-Jestem tego pewien. - odparł wychodząc. Przebrał się, a rzeczy które miał na sobie leżały teraz spakowane w plastikowym worku. Otworzył okno i wyrzucił je na ulicę. Patrzyłam na to całkowicie zdezorientowana.
-Mógł umieścić jakieś jakieś urządzenie na moich ubraniach – wyjaśnił – Na miejscu zbrodni, albo przez kopertę, równie możliwe jest też to, że przez samego listonosza. Jest kilka miejsc w Poznaniu, gdzie można spokojnie zaopatrzyć się w potrzebny sprzęt i to stosunkowo łatwo. Na naszą niekorzyść, oczywiście.
-Zerwaliśmy z nim kontakt? - spytałam.
-Mam taką nadzieję. Niech inni się teraz z nim męczą – odparł, po czym zadzwonił do komisarza, z propozycją przekazania mu kluczy do mojego mieszkania, tak aby mógł odpowiednio zareagować w razie otrzymania kolejnych listów od zabójcy.
*
Rano obudziłam się sama. Po wczorajszych emocjach postanowiłam poczęstować się lekami uspakajającymi Piotra. Wiedziałam, że nie powinnam brać ich zbyt często, żeby się nie uzależnić, ale tak bardzo łaknęłam chwili spokoju od tych czterech dni, że nie mogłam sobie tego odmówić. Popatrzyłam na datę ważności i przypomniałam sobie naszą wczorajszą rozmowę.
Leżeliśmy już w jego sypialni, on na polówce, a ja na łóżku, kiedy zaczął opowiadać. W pokoju było ciemno i tylko przez nie do końca spuszczone żaluzje, sączyły się słabe, promienie światła, wywoływane przez latarnie uliczne.
-Znaleziono też Enneagram – odparł, wpatrując się tępo w sufit.
-Co to jest? - nigdy nie słyszałam o czymś podobnym.
-To system typów osobowości opartych na gwiazdach, tyle, że nasz zabójca... – podał mi grubą broszurę, której uważnie się przyjrzałam – przekłada ją na numerologię.
-Nie rozumiem – wyznałam, marszcząc czoło.
-Ja też nie! - warknął. - Ale się zgadza. Wszystko się, cholera jasna, zgadza! 1 9 No.1 to według działań numerologicznych jeden plus dziewięć. Otrzymaną dziesiątkę, również trzeba rozebrać na cyfrę jedności i dziesiątki, więc jeden plus zero daje jeden. No. 1, czyli numer pierwszy. Analogicznie postępując z tamtym kodem otrzymamy cyfrę 4. Akademii Lubrańskiego przyporządkowany jest numer piąty, a zamkowi drugi.
Pokiwałam głową, na znak aprobaty, choć nie byłam do końca pewna, czy zobaczył ten gest w otaczającym nas półmroku.
-Wiesz co zauważyłam? - szepnęłam, odwracając się na brzuch i podpierając łokciami, by mieć lepszą widoczność – Kiedy powypisywałam miejsca zbrodni według kolejności jedno pod drugim okazało się, że tworzą jakby nieskończone słowo zamek. - przygryzłam dolną wargę. To nie dawało mi spokoju od kiedy spostrzegłam tę zależność – Zamek jest początkiem całości i kluczem jednocześnie. Potem Akademia, Mauzoleum i ostatecznie klub E.R. Jeżeli ostatnie miejsce zbrodni zaczynałoby się na „k”, oznaczałoby to koniec serii morderstw. Zamek – szepnęłam sennie.
-Co to by mogło być Katedra? Jakiś kościół? - spytał, kiedy już przeanalizował sytuację.
-Nie wiem. Kaplica? Klasztor? Może nawet koziołki poznańskie... - zironizowałam - Jest tego za dużo.
-Czy...według kodu? - zaczął, ale mu przerwałam.
-Już próbowałam. Odpowiednim numerem powinna być ósemka, ale jak już mówiłam – jest tego za dużo.
-Pewnie masz rację. Czy to nie dziwne, że facet polega na numerologi?
Zgodziłam się z nim, a potem odwróciłam, udając że śpię, jednak wiedziałam, że tej nocy żadne z nas nie zasnęło.
Z rozmyślań wyrwał mnie głos dzwonka od komórki. Pospiesznie wyjęłam telefon z torebki i niewiele myśląc odebrałam połączenie.
-Cześć Pioterek – przywitałam się, będąc pewna, że rozmawiam z podkomisarzem, gdyż uprzednio zerknęłam na numer nadawcy, jednak zamiast dobrze znanego mi głosu, odpowiedział mi inny. Ten, który już dawno chciałam wyrzucić z pamięci.
-Jeżeli chce Pani z nim porozmawiać, musi Pani do nas dołączyć.- odezwał się zimny, cyniczny głos w słuchawce – Chociaż nie. Dam wam troszkę porozmawiać.
-Emma. - usłyszałam głos podkomisarza w słuchawce. Nie wyrażał żadnych emocji, był zrezygnowany, tak jak zazwyczaj. Niestety więcej nie było mi dane z nim rozmawiać, gdyż rozmowę przerwał brutalnie wcześniejszy, cyniczny głos.
-Wpadnij do nas. Obiecałem, że się jeszcze spotkamy. - stwierdził prawie wesoło – Pamiętaj tylko, że jeżeli nas nie odwiedzisz, twój przyjaciel zginie. I żadnej policji. Wiesz gdzie nas szukać.
-Nie wiem – krzyknęłam bliska rozpaczy do słuchawki. Przez dłuższą chwilę nikt nie dopowiadał, ale nie przerwał też rozmowy.
-Wiesz – odezwał się w końcu, po czym usłyszałam tylko charakterystyczny, przerywany sygnał, symbolizujący koniec rozmowy. Cisnęłam komórką o podłogę i opadłam na nią.
-Nie wiem... - wyszeptałam.
*
Niepewnie pchnęłam drzwi do niepozornie wyglądającej kamienicy, zwanej Franza Zimmermanna. To musiała być ona. Mój wzrok przykuły ozdobne mozaiki: klepsydra, korona, wojownik, wieniec. To dzięki nim wpadłam na to gdzie oczekuje mnie zabójca. Zamarłam nasłuchując jakichkolwiek odgłosów, kiedy weszłam do korytarza, ale nic nie usłyszałam.
-Halo! - krzyknęłam – Czy jest tu ktoś?
W przeszywającej ciszy słyszałam każdy mój oddech, każde uderzenie serca, a każde z nich wydawał się mnie zdradzać.
-Jeżeli nie zejdziesz opuszczę ten budynek i nie wrócę. Wiem, że tu jesteś – krzyknęłam ponownie, lecz wydawać by się mogło, że odpowiedziało mi tylko echo. Stałam jeszcze przez chwilę na kamiennej posadzce i właśnie kiedy miałam zamiar wyjść usłyszałam ten sam cyniczny i opanowany głos, co w słuchawce.
-Zapraszam do góry – powiadomił mnie.
Kiedy zwalczyłam paniczną chęć ucieczki, powoli zaczęłam wspinać się po schodach.
-Jak miło, że Pani przyszła – wyszczerzył się trzydziestoletni mężczyzna, o dzikich oczach i szyderczym uśmiechu – Już myślałem, że Pani się rozmyśliła, ale pewnie robiła to Pani dla Pana Podkomisarza. Cóż, mam dla Pani złą wiadomość. Nie ma go tu. - oniemiałam. Jak mogłam być taka głupia? Przecież wiedziałam, że mogłam żyć przez ostatni czas na podsłuchu. Morderca widocznie zadowolony, przerażeniem które wystąpiło na mojej twarzy, kontynuował swoją opowieść – Widzę, że rozumie już Pani sytuację. Nie jest Pani głupia. Nie przyszłaby Pani, gdyby nasz „fikcyjny podkomisarz” zwrócił się do pani per: Pani Milewska. Ale nie, ja miałem szczęście i wymyślił dla Pani to głupie przezwisko – Emma. A teraz „Emma” zadzwonimy do Pana podkomisarza i zaszantażujemy go. Chcę was obu. To będzie spektakularne zakończenie. - uśmiechnął się obrzydliwie. - Będziecie ukoronowaniem mojej serii.
Niewiele myśląc skorzystałam z chwili nieuwagi mężczyzny, kiedy wyciągał telefon i rzuciłam się do ucieczki po schodach. Biegłam tak szybko jak mogłam, ale za każdym zakrętem miałam wrażenie, że mężczyzna za chwilę mnie złapie.
-To mój koniec – pomyślałam.
Słyszałam odgłos ciężkich, stanowczych kroków. Nie musiałam zgadywać do kogo należały. Ruszyłam szybko w stronę drzwi. Chwyciłam za klamkę i pozwoliłam, by zamknęły się z donośnym trzaskiem, sama zaś ukryłam się pod schodami. Wstrzymałam oddech...
Mężczyzna wybiegł na zewnątrz nie oglądając się za siebie. Byłam bezpieczna. Chwilę przeczekałam próbując złapać oddech. Do kamienicy weszła młoda, czarnowłosa kobieta. Spojrzała z wyrazem troski w moją stronę.
-Co też się Pani stało? – spytała. Ten głos wydawał mi się znajomy. Kobieta uchyliła drzwi i krzyknęła przez nie : - Chodź Nowacki, tutaj jest.
Zrozumienie wstąpiło na moje oblicze. Numerologia, cała ta gra, piekielna inteligencja – to nie pasowało do tego mężczyzny. Znacznie bardziej pasowało do kobiety w czarnych lokach - „tej jedenastej” z mojej grupy, którą oprowadzałam tamtej nocy w zamku. „Ta jedenasta” nie zastanawiała się długo. Wyciągnęła pistolet, potem usłyszałam już tylko odgłos strzału i poczułam piekielny ból. Zapadałam się w nicość.
*
Usłyszałam miarowe pykanie jakiegoś urządzenia. Byłam zmęczona, nie... wykończona - poprawiłam się – Nawet myślenie sprawiało mi ból. Mimo to postanowiłam otworzyć oczy, lecz chwilę potem tego pożałowałam. Jasny blask słońca, kompletnie mnie oślepił. Gdzie ja byłam? Pamiętałam tylko jakieś schody, jak przez mgłę i czarne loki, a potem ...pistolet. Poczułam przypływ adrenaliny i ostatkiem sił podniosłam się i otworzyłam oczy. Zamrugałam energicznie, chcąc ocenić sytuację. Leżałam w prętowym łóżku i przykryta byłam białą kołdrą. Otworzyłam usta chcąc dowiedzieć się czy to szpital, bo łudząco go przypominał. Poczułam, chyba nawet igłę wbitą w moją rękę, jednak zamiast składnych słów, zdołałam wydobyć z siebie tylko charkot. Usłyszałam jakąś krzątaninę, a potem poczułam, że ktoś podstawia mi kubek z wodą do ust, który przyjęłam z wdzięcznością. Spróbowałam po raz kolejny przemówić, tym razem spokojna, że nic mi nie grozi. Mordercy nie przyjęliby mnie do swojego łóżka, o podaniu mi wody nie wspominając.
-Gdzie jestem? – byłam bardzo zadowolona z tego co powiedziałam, bo o charczeniu nie było mowy.
Przetarłam oczy i rzeczywiście zobaczyłam salę szpitalną. Mimo tego absurdalnego pytania, ktoś raczył mi odpowiedzieć.
-Jest Pani w szpitalu, Pani Milewska – odezwał się jakiś znajomy, męski głos.
-Czy to Pan, Pani komisarzu Drzewiecki? - spytałam zdziwiona.
-Tak. Piotr Biernacki się o Panią martwił, ale musiał pójść dzisiaj na komisariat i przysłał mnie bym go powiadomił w razie gdyby się Pani obudziła, co zaraz uczynię –dodał z uśmiechem– Straciła Pani dużo krwi.
-Czy ci przestępcy zostali złapani? Zostali, prawda? Ten mężczyzna - Nowacki, i kobieta w czarnych włosach?
-Tak zostali – odparł nie wiadomo z jakich powodów przygnębiony komisarz – Podkomisarz Biernacki rzucił się w Pani obronie i...zabił tą kobietę. Bardzo to przeżywa. Mimo tego, że była potworem, nie może sobie tego wybaczyć, choć sąd oczyścił go z zarzutów. Działał przecież tylko w obronie własnej i Pani.
Pokiwałam głową ze zrozumieniem. Zabić ludzką istotę, niezależnie z jakich powodów, jest ciężko. To boli. Chwilę później byłam zbyt zmęczona by dyskutować dalej z Drzewieckim, zamknęłam oczy, ale nie zasnęłam. Nie wiem ile tak trwałam, ale zdawało mi się, że minęła zaledwie minuta nim poczułam jak ktoś delikatnie chwyta moją rękę.
-Emma – usłyszałam dobrze znajomy mi głos – Ty idiotko! W coś ty się wpakowała?
Otworzyłam oczy i ujrzała Piotra Biernackiego we własnej osobie. Czarne kosmyki włosów błąkały się po jego czole.
-Miałeś być na komisariacie – odezwałam się nadal nieco ochrypniętym głosem.
-Chrzanić komisariat – mruknął i nie bacząc na konsekwencje, pochylił się w moją stronę i mnie pocałował, a pocałunek, w przeciwności do chwili oczekiwania na niego, zdawał się trwać wiecznie...


Jestem zdesperowana! 2012-09-13

Jestem zdesperowana, bo potrzebuję bety! Błagam kogokolwiek, żeby przejrzał sobie mój tekst (zreformowana, zupełnie nowa opowieść wigilijna ;P) bo potrzebuję do poniedziałku, a wiem, że nie mogę znaleźć własnych błędów, zupełnie nie wiem dlaczego, bo kiedy czytam jakiś tekst z błędami to od razu mnie rażą! Ale tak już mam i koniecznie potrzebuję pomocy, tym bardziej, że tekst pisany z gorączką po 10 w nocy! Błagam niech się ktoś nade mną zlituję! Jak wyjdę z własną propozycją scenariuszu, a historyk doszuka się błędów w moim tekście, to od będę na spalonej pozycji od początku, a ja niestety tak mam, że nawet jeżeli skupiam się na tym, by słowa, ze sobą harmonizowały, to błędy popełniam fatalne!


Istota doskonała - część 4 2012-09-12

A dzisiaj krótko. Dlaczego? Bo chcę się z wami podroczyć. Jasne, że mogłam wkleić od razu końcówkę, pytanie tylko: po co? 3;P

P.S
Czy ja mogę w końcu prosić o jakiekolwiek komentarze? Błagam, przecież ta strona jest martwa! Codziennie zastanawiam się skąd biorą się ci wszyscy ludzi, którzy klikają na moją stronę, a potem...no właśnie co robią potem? O czym myślą? Bo mi ślad się urywa. ;D Pozwólcie zajrzeć na chwilę do swojej głowy. x)
___________________________________________________________________________________________________
Istota doskonała cz.IV

I znowu to samo, to samo, to samo. Znowu jego nie widziała. Znowu minęło dużo czasu. Znowu czuła się nikim mimo swojej władzy, a była to przecież władza najwyższa. Do niej należało zawsze ostatnie słowo.

Nigdy tego nie chciała.

Była zamknięta, złapana w klatce, którą sama sobie zbudowała. Nie chciała zabijać, ale póki istniała musiała to robić, bez względu na to, czy tego pragnęła, czy nie. Nie mogła też zabić samej siebie. Była w potrzasku. Była zła. Zawsze taka była od urodzenia.

Zazdrościła ludziom tych możliwości. Ich wolności. Robili co chcieli, obierali ścieżki życia, które im odpowiadały. Robili błędy, ale wracali. Czasem szli głębiej, coraz bardziej zagubieni. A na tych, którzy zabłądzili z własnej głupoty, śmierć chciała krzyczeć, chciała otworzyć im oczy, chciała zaciągnąć ich z powrotem na początek życia. Z powrotem do początku. A jeżeli było to konieczne i jeszcze jeden raz, i po raz kolejny.

Nie do niej należało to zadanie.

Tylko do Życia. Śmierć uważała jej siostrę za narcystyczną i ordynarną. Mogła ingerować, chociażby lekko w życie ludzi, pomagać im, usuwać z ich drogi trudności, ale tego nie robiła. Nie zmieniało to faktu, że była dobra, a ona zła. Takie się urodziły...
*
Co miał o niej myśleć? Czy była tym, o czym sądził, że była? I czy to w ogóle coś zmienia?
*
Bezimienny jej nienawidził. Według śmierci było to pewne. I po co się łudziła? Po co grała w jakąś dziwną grę? Czy nie mogła go zostawić? Zasłużył na spokojne życia. Jak na człowieka, był całkiem dobry, ale na pewno nie wystarczająco dobry by jej wybaczyć. Kochał tą kobietę. Kiedy weszła do sali szpitalnej omal nie udusiła się powietrzem, przepełnionym atmosferą pełną miłości i żalu. Wtedy definitywnie zadecydowała o tym, że będzie go unikać na tyle, na ile będzie mogła. Nie zasługiwała na niego. Tak po prostu. Był za dobry. A ona, tylko d o s k o n a ł a. Te słowa dzieliła cała niekończąca się przepaść. Ich również. Nie byli z tych samych światów. Nie mogli być razem. Teraz nienawidziła się nawet za tą myśl. Już wiedziała, że do końca życia będzie wyobrażała sobie jakby to było...mieć go dla siebie?
*
Nawet jeżeli była tym, kim była...
*
Coraz gorzej koncentrowała się na swojej pracy. Coraz więcej żalu widziała w oczach klientów. Żadne „dziękuję” nie obiło się już nigdy o jej uszy.

Dlaczego jej dziękowała?

Nie dziękowała jej. Pewnie dziękowała jemu. Tak, pewnie była mądrą kobietą, chciała po raz ostatni się z nim pożegnać. Te słowa skierowała do niego. Przecież nie mogła wiedzieć, jak trudne dla niej było podejście do niej i zabicie jej przy nim. Mogła poczekać aż wyjdzie. Mogła pozwolić by cierpiała dłużej w swoim ciele. Ale tego nie chciała.

Nie dziękowała jej. Nikt jej nigdy nie dziękował...
*
To nie miało to znaczenia.
*
Bała się. Strasznie się bała, że gdzieś go spotka. Przy pogrzebie matki, ojca, ciotki, kuzyna, dalszego krewnego. Tyle ludzi z jego rodziny miało jeszcze odejść. Nie chciała mu więcej mieszać w głowie. Za każdym razem kiedy słyszała wzywanie, paraliżował ją okropny strach, z którego musiała się szybko otrząsać. Nikt nie mógł cierpieć ze względu na jej obawy. Nikt na to nie zasługiwał. A jeżeli uprzeć się, że ktoś zasługiwał na cierpienie, to była nim tylko ona. Była nikim. Nie, gorzej. Była potworem.
*
Kochał ją.
*
I znowu poczuła, że ktoś ją wzywa. Znowu strach. Przypomnienie. Złości na własną słabość. Biegła, a wiatr targał jej długie włosy. Biegła jeszcze szybciej niż w tamtą noc do szpitala. Zdarzyło się coś strasznego, czuła to.


Moja Śmierć 2012-09-08

Tak jakoś wczoraj usiadłam i zaczęłam szkicować. Nic specjalnego. Słaby cień, twarz stosunkowo płaska, a oczy trochę nierówne, ale właściwie doszłam do wniosku, że dokładnie tak wyobrażam sobie moją Śmierć z opowiadania ;)


http://imageshack.us/photo/my-images/715/fotos031.jpg/
http://imageshack.us/photo/my-images/812/fotos032z.jpg/

P.S
Niestety coś mi nie wyszło i trzeba jak już wpisać adres do przeglądarki.
Sory za utrudnienia :)


Istota doskonała - część 3 2012-09-07

Przedostatnia część opowiadania. Miewam ostatnio całkiem słaby nastrój i chyba odbija się to w opowiadaniach. ;) Bardzo chciałabym wiedzieć co o tym sądzicie. Zmieniła trochę mój styl (tak mi się wydaje). Jest lepiej czy gorzej????
__________________________________________________________________________________________________
Istota doskonała. Cz.III

Śmierć zapatrzyła się we własne dłonie. Szczerze ich nienawidziła. Czy niosły śmierć czy ukojenie? Po raz pierwszy głęboko się nad tym zastanawiała. Przepełniał ją żal, bezsilność i coś jeszcze. Coś czego nie potrafiła dokładnie opisać. Nie wiedziała nawet czy to było przyjemne odczucie, czy bolesne.

Minęły dwa lata odkąd go widziała...

Szczerze nienawidziła się za to, że poświęcała mu każdą chwilę, że z każdą sekundą, zamiast powoli obojętnieć, powracała do tamtego spotkania z jeszcze większą obsesją.

-Jesteś moim...wrogiem? Nie wierzę ci

-Spytałem się czy mnie kochasz
-To nie ma nic do rzeczy
-Owszem ma. Ja cię koch...


Kocham...

Kochał ją? Czy naprawdę ją kochał? Kłamał. Śmiertelnicy byli w tym dobrzy. Dostosowywali mimikę i gestykulację. Uczyli się tego przez całe życie i była to jedyna sztuka, której nigdy, naprawdę nigdy nie zapominali. Mistrzowie masek, oszustwa i obłudy... On nie był inny, więc czemu nadal zaprzeczała sama sobie? Nie była naiwna, ale mała jej część (a była to znacznie większa „mała część”) przywoływała do siebie nadzieję. Chciała się nią karmić i dzięki niej żyć. Nie obchodziło jej już czy oszukuje samą siebie. Nie było to też ważne. Chciała trwać w tym uczuciu, w przekonaniu, że jednak jest inny, że jednak rozumie, że jednak potrafi kochać, nawet kogoś takiego jak ją...
*
Odeszła.
Ale czemu?
Czemu odeszła?
Bezimienny już się nie oszukiwał. Już nie. Tracił rozum, tracił zmysły i przede wszystkim tracił godność. Był nikim i czuł się nikim. Każda sekunda boleśnie go raniła. Odeszła... Była taka śliczna, taka promienna, tak pełna życia, więc dlaczego? Kiedy i jak to się stało? Może ona nie była jego. Może to wszystko sobie wymyślił. Nigdy nie było pierwszego spotkania, pierwszego uśmiechu, pierwszej rozmowy. Miała takie ślicznie niebieskie oczy, zawsze pełne mądrości i ufności. Nie było w nich cienia chłodu. Jej usta były ciepłe, czerwone, żywe... Dlaczego teraz są tak białe, jakby przykryły je delikatne płatki śniegu? Ten irytujący uśmiech...już nigdy go nie zobaczy. Już nigdy do niego nie przyjdzie, żeby się z nim podroczyć. Nawet się z nim nie pokłóci. Nie powie mu już nigdy: „kocham cię”, tak zwyczajnie, przed przewróceniem się na drugi bok w łóżku. Nigdy nie nastawi swojego denerwującego budzika, nigdy nie będzie słuchać za głośno muzyki, nigdy nie zepsuje kosiarki, ani nie dostanie dodatkowego mandatu, za nędzną próbę przekonania policjantów, że jest daltonistką i nie widziała czerwonego światła.

Nie wiedział czy śmiać się czy płakać.

Odeszła. Miał ją tak krótko.

Po policzku spłynęła mu jedna, samotna łza.
Nigdy nie płakał.

Była jego i tylko jego przez całe dwa lata. Była cudowna. Kochał ją. Ona kochała jego.
Na jego twarzy wykwitł blady, lecz szczery uśmiech.

Żegnaj
*
Śmierć poczuła, że jest potrzebna. Teraz, zaraz i to jak najprędzej, więc pobiegła. Biegła tak szybko jak nigdy, a potem wpadła do sali. I zobaczyła. Jego. I ją. Ona była martwa.
*
Usłyszał szczek zamka i obserwował kątem oka, jak do ciemnego pomieszczenia wkrada się jasność, rzucana przez okropne, rażące białym światłem lampy, w korytarzu szpitala.

-Czy muszę już wyjść? - spytał, nie udało się mu ukryć bólu, słyszalnego w jego głosie.

Cień zamarł w bezruchu, więc Bezimienny po chwili wahania, zadał sobie trud by odwrócić się przodem do intruza.

-To...Pani? - o dziwo to on odezwał się pierwszy.

W drzwiach stała kobieta, o której jeszcze do niedawna myślał, że jest jedyną, którą będzie w stanie kochać. Druga leżała martwa w jego objęciach. Tamta wyglądała ciągle tak samo. Była tylko jeszcze bardziej smutna smutna smutna. A teraz wręcz przerażona. Nie chciał widzieć ją w takim stanie. Sam był wystarczająco przygnębiony.

-Co Pani tu robi? Znała Pani Marię? - spytał bez cienia złości.

Kobieta jednak nie odpowiedziała. Stała i wpatrywała się w niego i leżącą na łóżku szpitalnym martwą. Wydawała się być sparaliżowana.

-Też nie mogę w to uwierzyć. Była taka młoda. 46 lat to nie dużo. - odezwał się po chwili ciszy, sądząc, że jego znajoma, zaszokowana jest widokiem martwej kobiety.

W jej oczach czaiła się niecierpliwość.

-Po co Pani tu przyszła? – w jego głosie wreszcie zabrzmiała irytacja – Pani jej nie zna, prawda? Proszę stąd wyjść. Chcę z nią chwilę zostać.

Stalowa nuta w głosie Bezimiennego nie odstraszyła jej osoby. Wręcz przeciwnie. Podeszła, choć lekko chwiejnym krokiem, do łóżka i przyłożyła dłoń do skroni Marii.

Bezimienny nie protestował.

Powoli pozwoliła opaść jej powiekom i zakryła raz na zawsze jej piękne, szaro-niebieskie oczy.

Bezimienny nie wykazał żadnego sprzeciwu.

Pochyliła się nad nią i pocałowała ją delikatnie w usta, odsuwając się i pozwalając złocistej mgiełce opuścić swoje ciało. Ciche, pełne wdzięczności „dziękuję” odbiło się echem po czterech ścianach.

Bezimienny wycofał się pod ścianę, byle najdalej od żywej istoty, która właśnie czyniła dziwne rzeczy z jego byłą żoną. Zahipnotyzowany przyglądał się jej poczynaniom i jej samej.

-Co to było? - wyszeptał ledwo słyszalnie pytanie, kiedy już skończyła i wpatrywała się przepraszająco w jego stronę.

-Już wiesz kim jestem. - stwierdziła smutno.

Podeszła do niego i pomogła mu wstać. Otrzepała z pyłu jego marynarkę i poprawiła jego krawat. Zaprowadziła go z powrotem do łóżka szpitalnego, zostawiając przy zmarłej.

-Musiałam jej pomóc – w jej oczach obijał się cały ocean smutku. - Taka jestem. Wszystko niszczę.

Zostawiła go tak, jakby jej wizyta nigdy nie miała miejsca.


Istota doskonała - część 2 2012-09-01

Istota doskonała (cz.II)

Kiedy Śmierć wracała z dusznego pokoiku przy Avenue Street, nie mogła wyrzucić z pamięci obrazu tego mężczyzny. Był w pewnym sensie piękny i czarny jak noc. Pamiętała zachwyt odbijający się w jego oczach, kiedy chłonął jej sylwetkę i ten zachwyt ją przerażał. Co zrobi ten człowiek? Czy pójdzie w ślady jej innych adoratorów? Zabijając? Siejąc strach i przerażenie?
Coś mówiło jej, że jest inny, ale czy rzeczywiście taki był?
*
Kiedy mężczyzna (nie ważne jak miał na imię, pozostańmy anonimowi czytelniku. Czyż w ten sposób historia nie zyska na tajemniczości? Nazwijmy go „Bezimiennym”) patrzył jak ta piękna zjawa wychodzi z pokoiku jego zmarłego krewnego, świeć Panie nad jego duszą, zapragnął pójść z nią.

-Cóż za nonsens – pomyślał racjonalnie Bezimienny. W końcu nawet nie znał tej kobiety. Była nieziemsko piękna, taka delikatna i krucha. Początkowo Bezimienny wziął ją nawet za swój sen. Wydawał się być taka nierealna. Jakby nie mieszkała tutaj - na Ziemi, tylko przybyła z odległej planety, oddać hołd zmarłemu. Czy była to krewna, albo znajoma trupa leżącego w pokoju? Bezimienny był pewien, że widzi tę kobietę po raz pierwszy. Ale minęły dni, tygodnie, potem lata i owa zjawa powoli, acz skutecznie odchodziła w zapomnienie... Bezimienny wyrzucił ją ze swojego umysłu. W międzyczasie sam wystarczająco się zmienił, by wierzyć, że i ona zmieniła się tak bardzo, że nigdy jej nie rozpozna. Bezimienny, oczywiście tego nie wiedział, ale każdy dzień przybliżał go do spotkania kobiety...
*
Śmierć oczywiście się nie zmieniła. Jeżeli istniały jakieś „stałe” tego świata, to właśnie ją można było zaliczyć do tej grupy jako pierwszą. Być może posmutniała przez te wszystkie lata jeszcze bardziej, ale nigdy się nie poddawała. Robiła to co do niej należało, wbrew woli całego świata. Wystarczyło jej własne przekonanie o słuszności tego zadania. Co do Bezimiennego... Śmierć go nie zapomniała. Nie zapomniała o nikim i to nigdy. Wszystko skrupulatnie przechowywała w swojej pamięci, a ten człowiek wrył się w nią tak głęboko, że nawet, gdyby bardzo tego pragnęła, nigdy nie wyrzuciłaby go ze swojego umysłu. Dziwiła się, że nie zabił nigdy żadnej istoty, że nie oszalał z jej względu i niezmiernie ją to cieszyło. Śmierć już kilkakrotnie namieszała w głowie setkom ludzi na przestrzeni wieków, choć wcale tego nie chciała. Najczęściej w sidła wpadali mężczyźni, dużo rzadziej kobiety, które, ze względu na jej piękność, widziały w niej tylko godną rywalkę, a nie wspólniczkę. Śmierć chciałaby być kochana, ale wiedziała, że jej szanse na miłość są nikłe. Gdy któryś człowiek pałał do nią namiętnością, kończyło to się zazwyczaj wojną albo masową śmiercią, atakiem terrorystycznym, w najlepszym przypadku zadawaniem bólu. Nie chciała przecież tego. Nawet jej siostra, odwróciła się od niej, już od pierwszego dnia jej narodzin. Dobrze pamiętała tamtą kłótnię...

-Witaj, siostrzyczko! – przywitała się wesoło Śmierć, kiedy została powołana do życia. Wyglądała dokładnie tak samo jak teraz. Jedynie jej oczy były jeszcze bardziej wesołe i mniej zmęczone.

-Witaj, choć wolałabym byś nie nazywała mnie w ten sposób – przywitała ją chłodno siostra. Wyglądała identycznie, tylko jej włosy były kasztanowe, a oczy ciemne.

-Ale... Dlaczego? W końcu jesteśmy siostrami...

-Wolałabym byśmy nimi nigdy nie były.

-Dlaczego? Powiedz dlaczego?

-Zostałaś powołana po to, by niszczyć wszystko to co jest dla mnie ważne, by niszczyć mnie samą.


Zapewne interesuje cię teraz czytelniku, kim jest siostra Śmierci. Jest nią Życie.
*
Kiedy Bezimienny dostał wiadomość o pogrzebie ciotki Anastazji, wcale nie chciał początkowo tam jechać. Tak naprawdę nigdy jej nie znał i nie wiedział jak zachować się do końca w tej sytuacji. Sam zawsze mawiał, że nie chce na swoim pogrzebie ludzi, którzy nawet nie wiedzieliby kim on był. Fałszywa żałoba, była według niego nie do przyjęcia, a wyrządzała więcej złego, niż dobrego.
Ostatecznie pojechał...
*
Śmierć dawno pomogła wydostać się duszy Anastazji Konwickiej na zewnątrz. Mimo to została aż do jej pogrzebu, nie wiedząc co trzyma ją w tym miejscu. Nigdy jeszcze nie była na żadnym pogrzebie. Nigdy też nie zaniedbywała swoich obowiązków i choć w myślach ciągle nawoływała siebie to do powrotu, nie mogła ruszyć się z miejsca, jakby była do niego przyklejona. Przeczekała więc trzy dni w pokoju zmarłej, nawet nie zauważając jak szybko mija czas. Trzeciego dnia miał odbyć się pogrzeb...
*
„Przyszliśmy dziś uczcić pamięć Anastazji Konwickiej”
Te słowa nie dotarły już do żadnego z naszych bohaterów. Zaraz po tym jak Śmierć weszła na dziedziniec, Bezimienny zapomniał kim jest, co się dzieje i co ważniejsze z jakiego powodu znajduje się w grupie tych ludzi pogrążonych w żałobie. Jeszcze bardziej zdziwił się, kiedy zorientował się, że sam ubrał się w czerń, zrezygnowawszy nawet z białej koszuli. Czy nie powinien zamiast tego, siedzieć gdzieś, na poboczu z tą kobietą? Czy zamiast żałoby, nie powinno przepełniać go uczucie błogiego szczęścia? Zniszczył tę myśl w zarodku, poważnie zastanawiając się nad swoim stanem psychicznym. Co spowodowało u niego takie opętanie? Był dorosłym mężczyzną...
Zaraz, chwila – pomyślał Bezimienny i zilustrował nieznaną mu kobietę wzrokiem
Ona się wcale nie zmieniła! - krzyczały jego myśli.
Bezimienny od razu zaczął zastanawiać się kiedy ostatni raz zobaczył nieznajomą, by z przerażeniem stwierdzić, że było to dokładnie 21 lat temu. 21 lat, a ona wyglądała, jakby to było wczoraj! Jego umysł podsunął mu myśl, że jest to tylko potwierdzenie tego, iż jest to istota pozaziemska. Że jest to istota d o s k o n a ł a.
*
Śmierć niepewnie uśmiechnęła się do mężczyzny, który wpatrywał się jej osobę i wyglądał na co najmniej „zdezorientowanego”. Od razu pożałowała tego co zrobiła. Mężczyzna przybliżył się do niej. Wyglądał jak w transie. Mimo ciężkiej atmosfery powagi, Śmierć musiała uważać, żeby się nie roześmiać. Mężczyzna stał teraz dokładnie naprzeciw niej. Wyglądało to dość komicznie, wśród osób, z których wszystkie z wyjątkiem wcześniej wspomnianej, wpatrywały się tępo w nagrobek zmarłej.

-Kim Pani jest? - szepnął po chwili, ilustrowania wzrokiem Śmierci mężczyzna.

-Niestety nie mogę tego Panu powiedzieć – odszepnęła, po chwili zastanowienia.

-Czyli udajemy tajemniczą.. – mruknął zawiedziony człowiek. Teraz Śmierć musiała włożyć jeszcze więcej siły w to, by się nie roześmiać.

- Słyszałam to Proszę Pana – odgryzła się, a po chwili dodała: - Pana zachowanie jest karygodne.

Mężczyzna pokiwał tylko głową, jakby zgadzał się z przedstawionymi mu zarzutami, w rzeczywistości jednak nie zwracał najmniejszej uwagi na to co mówi Śmierć. I choć nie było to zbyt mądre, to nic na to nie mógł poradzić. Zbytnio go rozkojarzyła.
*
Śmierć nie wiedziała co w nią wtedy wstąpiło. Pamiętała tylko, że ogarnęło ją dziwne, przyjemne uczucie, kiedy chwyciła go tak po prostu i pociągnęła w stronę wyjścia cmentarza. Wszyscy zgromadzeni odwrócili się, by z niesmakiem stwierdzić, że ta dwójka uciekała z pogrzebu. Na domiar złego, na obu twarzach uciekinierów, błąkał się lekki uśmiech.
*
Teraz byli tutaj. Z dala od zimna ziemi i gorąca powietrza. Wydawało im się, że zawisnęli między światami. Nie było nikogo innego – tylko on i ona. Nie było tam śmiertelnego i zadającego śmierć. Nie było wroga. Nie było przyjaciela. Było tylko coś, co trudno opisać. Tak trudno, że ani człowiek, ani istota doskonała, nie potrafiłaby tego ująć w słowa.

-Kim Pani jest? - ponowił pytanie Bezimienny, wpatrując się siedzącą naprzeciw niego istotę. Nigdy przedtem jeszcze nie czuł się tak komfortowo i niepewnie zarazem.

„Istota” uśmiechnęła się. W jej oczach odbijało się niedowierzanie.

-Ależ jest pan impertynencki – stwierdziła, ze złośliwym uśmiechem. Uśmiechem, w który Bezimienny zakochał się już od pierwszego wejrzenia. Należy wspomnieć, że w innych rzeczach związanych z tą tajemniczą kobietą, też zakochał się od pierwszego wejrzenia, żeby nie powiedzieć, że we wszystkich.

-Do usług – chciał uśmiechnąć się równie ironicznie i wykonać odpowiednią gestykulację, by zobaczyć ten uśmiech ponownie, ale zbytnio skupił się na jej oczach... - Ma Pani takie piękne oczy.

Istotka zmarszczyła idealnie równe brwi. Wydawała się być rozbawiona.

-Cóż, dziękuję – odpowiedziała. Jej głos brzmiał podejrzanie oficjalnie.

-Nie podoba się Pani to co powiedziałem – zauważył Bezimienny.

-Nie. Jeżeli mam być szczera to nie – roześmiała się, tym razem szczerym śmiechem. Bezimienny stwierdził, że mógłby znosić go godzinami i niezbyt by mu to przeszkadzało. Odwzajemnił uśmiech.

-Jest to komplement powszechnie używany. Niezbyt oryginalny – wytłumaczyła, kiedy opanowała chichot.

-Ale tym razem to najszczersza prawda – odparł, nabierając pewności siebie – Takich pięknych, ciemnych oczu, jeszcze nigdy nie widziałem. Prawie nie mogłem rozróżnić tęczówki od źrenicy.

Kobieta wyraźnie posmutniała.

-Czy coś się stało? - spytał zatroskany Bezimienny. Niepewność wkradła się do jego umysłu. Czy powiedział coś nie tak? Nie chciał jej przecież urazić.

-Nie. Nie. - zreflektowała się szybko. Posłała mu kolejny uśmiech, ale był tak sztuczny, jak plastikowa butelka, albo siatka na zakupy. Albo sztuczne ognie. Przynajmniej tak stwierdził mężczyzna. Po chwili nawet uśmiech znikł, a w jej oczach zalśniły łzy.

– Są niebieskie. - wyznała krótko, ocierając je pospiesznie.

Mężczyzna uśmiechnął się, ale nie wiedział co o tym sądzić. Czy ta kobieta odeszła od zmysłów? Jeszcze raz spojrzał w jej ciemne oczy, które za żaden skarby świata nie zmieniły barwy na niebieską.

-Widzimy świat inaczej – wyjaśniła mu, widząc jego zdziwienie – dlatego też nie mogę tutaj być z tobą.

Wstała pospiesznie i obróciła się tyłem do Bezimiennego. Mężczyzna chwycił ją szybko za rękę i odwrócił przodem do siebie.

-Kochasz mnie? - spytał bezpośrednio, jakby była to najzwyklejsza rzecz na świecie.
Kobieta wpatrywała się w niego, ze zdziwieniem, wymalowanym na jej delikatnej twarzy.

-Słucham? - spytała słabym głosem.

-Spytałem się czy mnie kochasz – odpowiedział niewzruszony Bezimienny.

-To nie ma nic do rzeczy – odpowiedziała mu teraz, odzyskując powoli rezon.

-Owszem ma – uparł się – Ja cię koch...

-Nie mów tak! - zaprzeczyła mu od razu – Nawet nie wiesz co to znaczy. Nie możesz mnie kochać.

Kobieta wyrwała swoją rękę, z jego uścisku, z zamiarem odejścia szybkim krokiem i zapomnienia o całej tej sprawie, chociaż wiedziała, że i tak nie będzie w stanie wyrzucić tego zdarzenia ze swojej pamięci. Chciała po prostu odejść, zanim zrobiłaby coś głupiego. Problem z silną wolą polega na tym, że nadchodzi ona w momentach nieodpowiednich, jak ten w którym stała już z dala od mężczyzny, a opuszcza cię, kiedy zatapiasz się z powrotem w jego oczach.

-Dlaczego nie pozwoli mi Pan odejść? - spytała. Powaga w jej głosie dręczyła Bezimiennego.

-Nie mogę Pani puścić dopóki nie odpowie mi Pani na to pytanie. - postawił jej ultimatum.

Śmierć westchnęła ciężko, by po chwili zadecydować, że najzwyczajniej w świecie skłamie. Jednak kiedy przyjrzała mu się dokładniej, jej zamiary legły w gruzach.

-Kocham Pana – odpowiedziała. Wyglądała, jakby dopiero w chwili wypowiedzenia tych słów, zdała sobie sprawę z konsekwencji. Jej oczy przez moment, wyrażały najszczersze zdumienie, by po chwili zamienić to uczucie na złość, czającą się złowrogo, gdzieś, w głębi jej duszy. Mimo to Bezimienny zamiast się przejąć, wpadł w dziwny stan emocjonalny, który ktoś, kto przechodziłby obok i rzucił okiem na bohatera, uznałby za „zdziwaczenie”, lecz on sam nazywał je naiwnie „euforią”.

Kochała go. Jego – zwykłego człowieka, bo w międzyczasie Bezimienny, był już pewny: ta kobieta, była istotą pozaziemską. A chociaż to wiedział, jego mózg, nie zadawał sobie trudu, by spojrzeć dokładniej.

-Przyjdź do mnie dzisiaj wieczorem – poprosił, wyjmując czystą kartkę z najwyraźniejszym zamiarem zanotowania na niej adresu, ale istota, chwyciła jego rękę, i trzymała ją przez chwilę, a zdawała ona mu się być w pewien sposób najbardziej intymną w jego życiu.

-Nie – odpowiedziała dobitnie – Nie chcesz tego, człowieku.

-Dlaczego nie? - podjął ostatnią próbę powstrzymania nieznajomej, Bezimienny.

-Bo jestem twoim wrogiem.

Kiedy odchodziła, przechodziła w najsmutniejszy okres swojego życia, ale nie można było tego porównać z żalem Bezimiennego.

-Jesteś moim...wrogiem? Nie wierzę ci – szepnął za odchodzącą postacią.































wykonała yuoko dla szablony.blogowicz.info. wspierane przez: blog & pomoce blogowe
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]